Tę sprawę musimy odpolitycznić
Tę sprawę musimy odpolitycznić
Anna Kołtunowicz,
Koordynator Kampanii "Rodzice Zastępczy - Miłość Prawdziwa"
o przyszłości rodzicielstwa zastępczego i o planach zintegrowania w Polsce opieki nad dziećmi zagrożonymi wykluczeniem społecznym i patologiami.- Co najbardziej szkodzi idei rodzicielstwa zastępczego?
Stereotypy. One są najgorsze. W niektórych środowiskach panuje przekonanie, że rodzice zastępczy to... klienci pomocy społecznej. Tacy, którzy tylko wyciągają ręce po pieniądze. I to jest pierwszy, bardzo szkodliwy stereotyp. Zapomina się o tym, że rodzic zastępczy jest partnerem państwa, a nie petentem, i nie klientem. Rodzice zastępczy wyręczają państwo, bo w porozumieniu z nim, lub na jego zlecenie wykonują bardzo ważną pracę. Powinni, więc dostawać wsparcie, a nie być traktowani jak kłopot. Ich oczekiwania są słuszne. Drugi stereotyp jest taki, że rodzice zastępczy wykonują ten zawód dla sporych pieniędzy. Że to jest niezły interes. Liczy się rodzicom zastępczym pieniądze, które otrzymują na utrzymanie dzieci, wytyka się rodzicom zastępczym zawodowym, że dostają pieniądze na umowę zlecenie. Nierzadko nawet osoby, które powinny z urzędu wspierać rodziny zastępcze, gdy widzą, że z racji liczby dzieci pozostających pod ich opieką, rodzice zastępczy dysponują pieniędzmi przekraczającymi pensję urzędnika, potrafią to wypominać!
- O, to niepięknie...
Owszem. A już nagmine jest liczenie funduszy przez "życzliwych" sąsiadów. Zwłaszcza, jeśli chodzi o rodzinne domy dziecka. Bo przecież jest tam ojciec, jest matka, są dzieci, czyli niby jak w innych rodzinach, niemniej z racji tego, że jest to placówka, to państwo dokłada do jej utrzymania. To bardzo kłuje w oczy.
- Czy rodziny zastępcze mają realne wsparcie? Od kogo?
Jedną mają, innej - nie. Wszystko zależy od ludzi. W idealnym modelu rodzice zastępczy mają wsparcie od momentu podjęcia decyzji o pełnieniu tej roli przez cały czas wychowywania dzieci. W praktyce to niestety tak nie wygląda.
Powinno być tak, że rodzice którzy zgłaszają się do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie jako kandydaci, od razu dostają kompletną informację o tym, czego się podjęli. Potem powinni być dość szybko skierowani na szkolenie, oczywiście, jeśli PCPR uzna, że się nadają. Szkolenie winno być rzetelne, pokazywać wszelkie aspekty roli, jakiej się podejmują. Nie należy przed nimi ukrywać żadnej prawdy, choćby najtrudniejszej. Nie wolno pokazywać rodzicielstwa zastępczego wyłącznie w kolorach jasnych i cudownych. Trzeba pokazać również szarą strefę tego zajęcia.
- Co jest tą szarą strefą?
Dzieci szczęśliwe, zdrowe i grzeczne nie trafiają do rodzin zastępczych. Trafiają tam dzieci, które mają problemy, są po przejściach, o których często "w normalnych" domach się nie śniło.
I bardzo często jest tak, że w pierwszym okresie pobytu dziecka w rodzinie zastępczej to się nie ujawnia. Ale z czasem "wychodzi". Dziecko trafiające do rodziny zastępczej najczęściej nie jest zdiagnozowane i bywa, że wszystko wydaje się być w porządku. Po czym po miesiącu, czy po dwóch okazuje się, że dziecko ma ADHD, lub choroby i problemy związane zespołem poalkoholowym (FAS), wykazuje zaburzenia więzi (RAD), ma często wiele schorzeń typu niedosłuch, próchnica, krzywica i inne, tego rodzaju i jeszcze cięższe problemy ze zdrowiem. Dzieci te często też bywają nadmiernie zainteresowane seksualnością lub "tylko" agresywne, albo "niewdzięczne" wobec nowej rodziny.
- I nieprzygotowani rodzice nie radzą sobie z tą sytuacją?
No tak! Choć teoretycznie wiedzą, że coś takiego może ich spotkać, ale dostają dziecko pozornie zdrowe, wierzą, że to nie jest taki trudny przypadek, względnie za mało wiedzą o tym, co może ich czekać - i zaczynają się problemy.
A wtedy najczęściej jest tak, że instytucje im dedykowane nie poczuwają się już do pomocy, albo nie ma na to środków. I rodzina zostaje z problemem sama, przechodzi kryzys, a czasem dochodzi do tragedii, bo rodzice przyduszeni tym ciężarem rezygnują z rodzicielstwa zastępczego.
- Co się wtedy dzieje z dzieckiem?
No cóż - prawda jest brutalna. Jeśli nie ma gotowej innej rodziny zastępczej, trafia do placówki wychowawczej. Dla każdego dziecka, a dla tak doświadczonego przez życie szczególnie, jest to dramat, który odciska się na całym jego życiu, bo znowu ktoś je odtrąca, znowu nie ma swojego miejsca na Ziemi. A poza tym - często w tym momencie, zahamowany zostaje proces jego leczenia, więc maleją jego szanse na szczęśliwe, normalne życie w przyszłości.
- Rodzicielstwo zastępcze jest szalenie trudne! Są może jeszcze jakieś przeszkody prawne dla ludzi chcących mimo wszystko podjąć się tego zadania?
Nie. Od tej strony nie ma prawie żadnych kłopotów. Istnieje oczywiście katalog kompetencji, które trzeba mieć, warunków, które trzeba spełnić, ale to nie jest nic nadzwyczajnego. Na pewno trzeba być obywatelem polskim, mieć pełnię praw obywatelskich, być zdrowym, mieć odpowiednie warunki mieszkaniowe, trzeba mieć pracę, oczywiście - czystą kartotekę, trzeba przejść kwalifikacje i dostać pozytywną opinię ośrodka pomocy społecznej. No i oczywiście trzeba chcieć!
- A potem pewnie tysiąc papierów do wypełnienia i już!
No trochę tego jest, niemniej, jeżeli rodzice trafią do dobrze przygotowanego ośrodka sprzyjającego rozwojowi rodzicielstwa zastępczego, to on pomoże im przez to przejść. Jeżeli nie, to gorzej.
Są ośrodki bardzo wspierające rozwój rodzicielstwa zastępczego, mają w planach ograniczenie do zera liczby dzieci kierowanych do placówek opiekuńczych - właśnie dziś miałam telefon z Białegostoku o podjęciu akcji w tej sprawie. Podobnie jest w tarnogórskim, w Tychach, Jaworznie - na południu w ogóle dzieje się dość dobrze w tej sprawie.
Mamy też dobre sygnały o powiecie koszalińskim. Jest trochę takich miejsc w Polsce, ale, niestety są też takie, gdzie ośrodki i centra pomocy rodzinie nie wykazują wystarczającego zainteresowania rozwojem rodzicielstwa zastępczego.
- To dziwne, bo chyba jasne jest, że powinniśmy odejść od tych dużych, bezosobowych domów dziecka, nazywanych dzisiaj placówkami opiekuńczo - wychowawczymi?
Oczywiście! To była podstawa naszego zainteresowania rodzicielstwem zastępczym. I minister Joannie Kluzik - Rostkowskiej, i mnie, i wielu innym osobom, w momencie podjęcia Kampanii "Rodzice Zastępczy - Miłość Prawdziwa" przyświecała ta właśnie idea.
Skoro są ludzie, którzy chcą do swoich domów - normalnych i ciepłych - przyjąć dzieci, to powinno się im to ułatwić. Tym bardziej, że nawet względy ekonomiczne, nie najważniejsze przecież, ale jednak istotne przemawiają za rodzicielstwem zastępczym. Dziecko w placówce opiekuńczo - wychowawczej kosztuje od 1900 do, nawet 3500 złotych miesięcznie.
Ono z tego tytułu nie opływa w dostatki, trzeba zapewnić mu konieczne minimum, ale też przecież utrzymać strukturę domu (utrzymanie budynku, kadry itp.). Dzieci są ubrane, najedzone, pozornie niczego im nie brakuje oprócz... oczywiście miłości i zainteresowania dorosłych wyłącznie nimi samymi, indywidualnie, nie w masie!
Dzieci te mają ogromne deficyty w obszarze uczuciowym, nie potrafią nawiązywać więzi, często też są bardzo roszczeniowe lub nieporadne życiowo. Znane są przypadki, że dziecko od wczesnych lat przebywające w domu dziecka zabrane do rodziny zastępczej nie wie, że pomidora można kupić w całości, bo dla niego pomidor występuje wyłącznie w plasterkach.
- No to oczywistym jest zamienić jedno na drugie.
Pozornie. Zajmując się rodzicielstwem zastępczym, trafiając na informacje o tym jak jest ono postrzegane, czego wymaga i skąd się bierze potrzeba jego istnienia w ogóle, stwierdziliśmy, że to nie wystarczy. Wydawałoby się, że jeśli np. dla 20 tysięcy dzieci znajdziemy 20 tysięcy rodzin, to w ciągu 2-3 lat rozwiążemy problem. Niestety tak nie jest, ponieważ dynamika rozwoju rodzicielstwo zastępczego jest mała, a otoczenie mające je wspierać prawie nie istnieje.
Dlatego nawet, jeśli zmienimy mentalność ludzi i namówimy ich do pewnego wysiłku i podjęcia się tej roli, to bez budowy spójnego systemu opieki nad dzieckiem i rodziną naturalną czy jak chcą ją nazywać inni: biologiczną, niczego nie zdziałamy. Większość tych dzieci, które są w placówkach opiekuńczo- wychowawczych ma swoje rodziny. To nie są sieroty biologiczne, tylko społeczne. Ponad 90 procent dzieci pochodzi z rodzin, które są po prostu biedne i niezaradne. I tam właśnie dochodzi do największych dramatów. To tam, w rodzinach problemy powinno się załatwiać w inny sposób niż dotąd.
- Nie powinno się zabierać dzieci z tych rodzin, tylko pomóc rodzicom, którzy sobie nie radzą?
Właśnie. Bo bywa tak: jest matka, którą zostawił mąż - alkoholik. Uboga i ma na przykład trójkę dzieci. Nie radzi sobie do tego stopnia, że dzieci są zabierane z domu. Nie ma dla nich rodziny zastępczej (spokrewnionej lub nie) więc zostają umieszczone w placówce opiekuńczo-wychowawczej.
Od tego momentu utrzymanie każdego z tych dzieci kosztuje średnio 2,5 tysiąca złotych. I co mamy? Ano to, że co miesiąc wydajemy 7,5 tysiąca złotych z budżetu państwa na utrzymanie dzieci w placówce i mamy matkę w tragicznej sytuacji, pozbawioną dzieci, którą prawdopodobnie uratowałaby jedna czwarta tej sumy!
W zdrowym systemie opieki służby socjalne czuwałyby nad tym, jak wydatkuje się środki mające pomóc rodzinie w kryzysie, oceniałyby potrzebę każdego innego wsparcia dla niej - psychologicznego, terapeutycznego czy prawnego, pomagałyby rodzinie w kontrolowany sposób. I państwo powinno się tym zajmować.
- A nie zajmuje się?
Nie. Bo nie funkcjonuje u nas coś takiego jak całościowy System Opieki nad Dzieckiem i Rodziną. Nie prowadzi się wielu działań profilaktycznych, służby mające w swoich zadaniach opiekę lub działania na rzecz dziecka i rodziny źle albo wcale nie współpracują ze sobą, a trafiając na problemy w rodzinie, często od razu sięgają po rozwiązania drastyczne.
- Ale jest szansa, że będzie lepiej, bo przecież prawodawstwo europejskie nakazuje nam likwidację domów dziecka?
To nie jest do końca tak. Jest obowiązek przekształcenia placówek opiekuńczo-wychowawczych w instytucje 30-osobowe, nie większe. W tej chwili przedłużono termin dostosowania standardów o kolejne parę lat. No i cóż. Po pierwsze ten warunek spełniło jedynie 50 procent domów dziecka, a po drugie bardzo wiele z nich przekształciło się tylko na papierze. Zmienia się nazwę, dzieli placówkę na 3 różne części, które się inaczej nazywają i skutek jest tylko taki, że jest trzech dyrektorów, a nie jeden.
- Czyli jeszcze więcej to kosztuje, bo trzeba wypłacić choćby trzy dyrektorskie pensje?
Tak, gwałtownie drożeje administracja, infrastruktura itd., więc to jest zmiana iluzoryczna. No oczywiście nie należy zapominać, że w tych ponad 300 placówkach pracuje wielu pracowników, którzy mają utrzymanie, pracę, ubezpieczenie. Dla niektórych powiatów taki duży dom dziecka to całkiem niezłe miejsce pracy, bo zatrudnia kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób.
Ale jesteśmy przekonani, że we właściwie funkcjonującym Systemie Opieki nad Dzieckiem i Rodziną, pracowników kompetentnych, którzy są godni szacunku i zaufania, oddanych dzieciom, zatrudniłyby Powiatowe Centra Pomocy Rodzinie lub inne instytucje do pracy z rodzinami zastępczymi lub do pracy z rodzinami naturalnymi, mającymi problemy.
Myślę, że i tak potrzeba będzie, oprócz rodzin zastępczych, trochę małych placówek (terapeutycznych) dla młodzieży, która zdecydowanie nie skorzysta z oferty rodzicielstwa zastępczego. Podobnie jak to ma miejsce np. w Anglii - dosłownie kilkuosobowych placówek o charakterze rodzinnym, z wykwalifikowaną kadrą terapeutów. Poza tym zawsze będą potrzebni pedagodzy, psycholodzy, szkolenia, grupy wsparcia i organizacje, które pokażą, jak sobie radzić, będą miejscem wymiany doświadczeń, rozmów o problemach, płaszczyzną prezentacji wzorców i osiągnięć.
- No, ale pracy nie znajdą w nich wszyscy pracownicy dzisiejszych domów dziecka...
Nie. Jest oczywiste, że dla wielu możemy pracy nie znaleźć. Zwłaszcza dla osób o niskich kwalifikacjach lub tych, którzy nie będą chcieli pracować w nowych warunkach. Ktoś niewątpliwie na tym straci. Ale cel jest ważniejszy.
- To pewnie jest opór środowiska?
A jakże. Chociaż jest spora grupa dyrektorów domów dziecka, dla których największym marzeniem jest to, żeby dzieci wróciły do własnej rodziny.
To też, z czego niewiele osób zdaje sobie sprawę, naczelny cel i zadanie rodzin zastępczych. Wszystkie służby opieki nad dzieckiem powinny pracować z dzieckiem i jego biologiczną rodziną nad tym, żeby ono wróciło tam, skąd przyszło. Oczywiście do zmienionej, lepszej rodziny. Niestety, na razie to się rzadko udaje.
Wyraźnie brakuje, o czym już wspominałam, spójnego systemu opieki nad dzieckiem i rodziną. To właśnie na służbach na poziomie gminy powinien spoczywać obowiązek pracy z rodziną biologiczną. To one powinny doprowadzać rodziców do leczenia się z choroby alkoholowej, kobiecie, nad którą znęcał się mąż, znajdować mieszkanie, czy raczej sprawiać, żeby to ów mąż został eksmitowany, a ona z dziećmi żeby została w domu.
- Może istnieje taki zapis działania systemu, tylko nie jest realizowany?
Systemu nie ma. Są wycinkowe rozwiązania i praktyki, niemniej sprawnej całości nie ma, skoro mamy tyle dzieci w domach dziecka. Ale nawet samo zaplanowanie takiego systemu to mało. Musimy jeszcze doprowadzić do takiej sytuacji, żeby wszelkie służby mające w zadaniach i celach opiekę nad dzieckiem i rodziną współpracowały ze sobą.
One muszą być transparentne, muszą "się widzieć". Nie może być tak, że policja ma problemy z jakąś rodziną, a pedagog szkolny nie wie, że dzieci z tej rodziny powinny być chronione, otoczone dodatkową opieką, ponieważ w rodzinie źle się dzieje. A lekarz, który zauważa, że dziecko ma wyraźne ślady pobicia czy molestowania od razu powinien zawiadomić służby mogące reagować i interweniować na rzecz dziecka. Niedopełnienie obowiązku informowania o problemach dziecka powinno łączyć się z odpowiedzialnością osobistą osoby, która taką wiedzę posiadła, a nie przekazała i nie zareagowała.
O taką współpracę służb nam chodzi. One muszą mieć sprawny system, najlepiej komputerowy, wzajemnego powiadamiania się, alertowania i reagowania, kiedy dziecku dzieje się źle.
- Na jakim etapie jest budowa tego systemu?
Zbieramy ludzi wokół pomysłów i rozwiązań, które dadzą w sumie System Opieki nad Dzieckiem i Rodziną. Chcemy, żeby to było jak najszersze grono, żeby całkowicie odpolitycznić tę sprawę. Bo problemy rodziny i dzieci potrwają z pewnością dłużej niż kadencja choćby najlepszego rządu. I dobrze byłoby, żeby taki system nieprzerwanie funkcjonował, mimo zmian na szczytach.
Chcemy zaprosić teoretyków, którzy od lat nad tym pracują. Jest wielu wybitnych specjalistów, profesorów, osób zajmujących się tą problematyką. Jest też wielu praktyków samorządowych, mądrych szefów PCPR-ów, którzy pracują nad Systemami Opieki u siebie. To nie jest temat nowy, często powraca, zwłaszcza gdy słyszymy w mediach o kolejnym dramacie dziecka. Na razie wydaje się, że wiele lat apeli o System, różnych akcji i kampanii dało niewiele. Myślę, że czas najwyższy na konkretne działania. Chcemy to realnie ruszyć do przodu.
W Unii Europejskiej mówi się bardzo wiele o obszarach wykluczenia społecznego. I są środki na różne przedsięwzięcia i badania, które muszą być wstępem do prac nad Systemem. Mamy partnerów społecznych chcących włączyć się w działania w tej sprawie. Myślimy o współpracy z samorządami, w których są dobre wzory, pewne dobrze działające elementy Systemu Opieki, warte pokazania i powielenia w innych miejscach kraju.
Oczywiście zależy nam na dobrej współpracy z rządem, bo przecież w którymś momencie będą potrzebne odpowiednie regulacje prawne, które pozwolą wprowadzić, tam gdzie będzie to konieczne, najlepsze rozwiązania w życie.
Rozmawiała EL
żródło: www.rodzina.gov.pl