Dać dziecku szansę!



Dać dziecku szansę!


Idea Rodzinnych Domów Dziecka nie jest nowa, na świecie od ponad trzydziestu lat istnieją takie domy i to właśnie one stanowią podstawę wychowania poza rodzinnego. W Polsce pierwsze Rodzinne Domy Dziecka powstały z dziesięcioletnim opóźnieniem i do dziś odgrywają raczej marginalną rolę opiekuńczą; nadal funkcjonują w społeczeństwie na zasadzie dziwoląga budzącego emocje, nie zawsze zresztą pozytywne. Trudno jest dać jednoznaczną odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Moim zdaniem przyczyna może leżeć w tym, że dzieci z Rodzinnych Domów Dziecka nie pasują do utartego schematu sieroty funkcjonującego w świadomości wielu osób, nie budzą pozytywnych odniesień i przede wszystkim litości, która jest często motorem działań dobroczynnych, bo nie są brudne, głodne i zaniedbane. Jeżeli dzieci te dobrze się uczą, zawsze są przygotowane do lekcji i mozolną pracą dochodzą do sukcesów (łamiąc znowu utarty schemat), otoczenie szkolne daje im często odczuć, że nie są na swoim miejscu, bo dla nich przewidziano je gdzieś na końcu szeregu.


Również w kontaktach z urzędnikami, którzy powinni dobrze orientować się w specyfice takich form opieki, nie zawsze można oczekiwać zrozumienia i odpowiedniego podejścia. Przytoczę w tym miejscu taki oto przykład. Jest czymś zrozumiałym, że matka towarzyszy choremu dziecku w czasie pobytu w szpitalu. Gdy jedna z matek z Rodzinnego Domu Dziecka też tak postąpiła, bo nie chciała, aby jej syn ponownie czuł się samotny i opuszczony, spotkała się ze strony urzędniczek z krytyką i zdziwieniem, ponieważ myślały, że "takie dzieci się nie przywiązują". Przy okazji różnych świąt prowadzi się w mediach wiele akcji na rzecz dzieci z Domów Dziecka. Jak na razie nie było im podobnych, które miałyby wspierać rodzinne formy opieki. A przecież podarowane słodycze i zabawki mogą ucieszyć jedynie dziecko, które osadzone jest w rodzinie. Dopiero wtedy zabawki te ożywają, przestają być martwym materiałem i wcielają się rolę mamy, taty czy babci. Żadna instytucja nie jest w stanie na tyle dopomóc dziecku w samo rozwoju, aby stało się ono osobą w pełni znającą swoją wartość i odnajdującą się w społeczeństwie. Stąd w idei Rodzinnych Domów Dziecka nie chodzi o powielenie warunków panujących w instytucji, ale o stwarzanie relacji bardzo podobnych do istniejących w normalnych rodzinach. Promowanie rodzinnych form opieki to nie tylko ważny wymiar ekonomiczny, ale przede wszystkim stwarzanie wielu opuszczonym i poranionym dzieciom szansy odnalezienia własnej drogi życia i poradzenia sobie z trudnościami, które ono stawia przed każdym człowiekiem, w sposób społecznie akceptowany.


Jako chrześcijanie jesteśmy wezwani do tego, aby w duchu miłości nieść pomoc wszystkim potrzebującym, a w szczególności tym bezbronnym, którzy sami nie potrafią się o nią upomnieć. Dlatego starajmy się stworzyć wokół nas dobrą atmosferę dla rodzinnych form opieki a przepełnione Domy Dziecka niech będą dla nas wyzwaniem.


Procesy adaptacyjne dzieci po zmianie środowiska wychowawczego.

Większość ludzi żyjących "obok" problemu sieroctwa i wychowania


instytucjonalnego nie zdaje sobie sprawy z tego, że wychowanie to niesie ze sobą deprywację podstawowych potrzeb dziecka i nieuchronnie prowadzi do zaburzeń i opóżnień w zakresie każdej funkcji jego działalności: poczynając od ruchowej manualnej przez wzrokową, słuchową, zasób wiedzy, myślenie, emocje i na mowie kończąc. Im dłuższy czas przebywania dziecka w placówce, tym zaburzenia są poważniejsze i trudniej je wyeliminować. Częstotliwość i natężenie występowania zaburzeń emocjonalnych i opóźnień poznawczych zależy również ad tego, czy dzieci pierwotnie przebywały w rodzinie ( nawet jeżeli była to rodzina patologiczna ), czy .też wyłącznie w instytucji.


Jeżeli nastąpi zmiana środowiska wychowawczego i dziecko znajdzie się w rodzinie, dochodzi do swoistej eksplozji działań poznawczych oraz gruntownej zmiany posiadanych schematów dotyczących samego siebie, stosunku do innych osób w otoczeniu, pojęcia domu i rodziny itd.


Dzieci, które dłuższy czas przebywały w Domu Dziecka, często charakteryzuje bardzo obniżone poczucie własnej wartości, a winę za ten fakt zazwyczaj przypisują sobie ( idealizując z drugiej strony prawdziwych sprawców ), prowadzi to da wykształcenia negatywnej postawy wobec samego siebie, karania się a w szczególnych przypadkach - samookaleczenia się. Jedna z naszych córeczek biła się po głowie, mówiła, że jest niedobra, bo była w Domu Dziecka, rozdrapywała rany, skubała i obgryzała paznokcie, co prowadziło do zropień i ich odchodzenia, wyrywała sobie włosy, itd. Jej starszy brat zadał kiedyś pytanie: dlaczego nie miałem rodziców jak inne dzieci, tylko musiałem być w Domu Dziecka, czy Pan Bóg mnie nie kochał, bo byłem jakiś gorszy?


W trakcie adaptowania się do nowych warunków, nasze dzieci przeszły również fazę, którą umownie nazwałem fekalną Było to dla nas bardzo drastyczne przeżycie; po kolei znajdowaliśmy któreś z dzieci od stóp do głów wymazane odchodami, zastraszone i roztrzęsione. Nie potrafiły dać odpowiedzi, dlaczego to zrobiły. Prawdopodobnie była to forma przeżycia swego rodzaju oczyszczenia, katharsis, które pozwalało zamknąć dotychczasowy etap życia i zaangażować się w pełni w życie w nowej rodzinie. Po tym wydarzeniu obserwowaliśmy bowiem wyraźną poprawę psychicznej kondycji dziecka i większe otwarcie na nasze oddziaływania.

Jeżeli chodzi o stosunek dziecka do nowych opiekunów, to zazwyczaj daleko odbiega ono od ich wyobrażeń i oczekiwań. Dziecko, które wielokrotnie zostało zranione w swoich uczuciach ( czy to przez rodziców biologicznych, czy też opiekunów z Domu Dziecka), bardzo trudno nawieje więzi emocjonalne, jest nieufne, z jednej strony w różny sposób stara się zwrócić na siebie uwagę, z drugiej zaś uwagi tej i bliskości nie potrafi znieść i poradzić sobie z nią. Taka sytuacja wymaga dużo cierpliwości i pokory w odniesieniu do dziecka; a przede wszystkim czasu i ciągłego utwierdzania w pozytywnych do niego uczuciach.


Następnym problemem, który chciałbym tu poruszyć, to ogromne braki, jakie wykazują dzieci wychowujące się w Domach Dziecka w zakresie podstawowych wiadomości o otoczeniu i rełacjach społecznych w nim panujących. Pięcioro naszych dzieci ( wiek od 3 do 7 lat); które rafiły do nas z Domu Małego Dziecka, nie wiedziano jak wygląda chleb; co to znaczy zrobić herbatę, skąd się bierze masło, nie rozumiały takich prostych relacji jak babcia ( dziwiły się, dlaczego na ich nową babcię, mówię mamo ), czy ciocia. Nie posiadały typowych dla ich wieku sprawności manualnych ( nie potrafiły trzymać kredki, posmarować sobie kanapki, itd. ). Dlatego w pierwszych tygodniach pobytu u nas zadawały tysiące pytań, wszystkiego dotykały, wąchały, smakowały, chcąc jak najszybciej zaspokoić swoją ciekawość świata.


Dziś nie potrafię sobie wyobrazić dalszego losu tych dzieci, gdyby nie miały szansy na rodzinę. Gdy do nas przyszły, najstarszy chłopiec; był odroczony od obowiązku szkolnego i podejrzewano u niego upośledzenie umysłowe. Dziś jest uczniem II klasy SP i należy do grupy uczniów bardzo dobrych. Pozostałe dzieci, po żmudnym nadrobieniu zaległości z "życia" i wielu ćwiczeniach rewalidacyjnych i kompensacyjnych, również bardzo dobrze rokują. I to jest sens naszej pracy: dać dziecku szansę!

Artur Kowalik
wraz z żoną prowadzą Rodzinny Dom Dziecka we Wrocławiu
jest współzałożycielem Koła Rodzinnych Domów Dziecka we Wrocławiu
kontakt 071 352 78 31

Jeżeli ktoś chciałby wspierać Rodzinne Domy Dziecka z Wrocławia,
może dokonać wpłaty na konto Koła Rodzinnych Domów Dziecka:
PKO BP IV O/Wrocław nr.
10205255-107868-270-1


Poprzedni Home Następny