Zastępczy rodzice walczą o syna



Jesteśmy przecież rodziną.

- To gdzie ty wtedy byłeś? - pytam.
- Nie wiem, nie pamiętam - spuszcza oczy Krzyś.
- Po melinach chodził, szukał matki. Biologicznej matki...

Rozmawiamy w mieszkaniu.

Rodzina Dąbrowskich jest sześcioosobowa, a mieszkanie małe. Jest jeszcze ten siódmy całkiem duży pies. Wszystko wygląda normalnie, jak w każdej rodzinie. Jedenastoletni Krzyś wrócił z psem i siedzi z nami. Ewa wyszła, dwie siedmiolatki są w swoim pokoju. - Każda ucieczka jest trudna, to jest przecieź walka o człowieka -mówi Marta, zastępcza matka. - Wszyscy mówili, że to jest chuligan. Że trzeba go oddać i nie męczyć się. Kilka rozmów z policjantami, z których wynikało, że trzeba mu wlać. A on przecież wzrastał w patologicznej rodzinie. Gdy jestt w takiej jak nasza, to świat staje na głowie. Nie wolno kląć, trzeba myć zęby i w ogóle się myć.

To o Krzysiu. Przyjechał na wakacje do Dąbrowy Górniczej cztery lata temu i już pozostał.

Wcześniej mieszkał z ojcem, przeszedł również przez rodzinę zastępczą. To byli młodzi ludzie, ale problemy ich przerastały. - Nie było sielanki - mówi Marta. - I u nas od razu pojawiły się problemy wychowawcze. Jakie? No, przede wszystkim ucieczki z domu. Trafił przez nie nawet do pogotowia opiekuńczego, a my przeżyliśmy poważny kryzys.

Krzyś w pogotowiu byt trzy miesiące. Jak mówią rodzice mógł wrócić w każdej chwili. W tym czasie oni sami dokonali ważnego odkrycia. Zainteresowała ich psychika dziecka sierocego.

Okazało się bowiem - i potwierdziły to badania EEG - iż Krzyś cierpi na trudną do zdiagnozowania fugę. Mikrouszkodzenia mózgu, które wywołały w jego przypadku chęć do wędrowania.

- Na szczęście jakoś udało się nadrobić szkolne zaległości - kontynuuje Marta. W drugiej klasie nie umiał jeszcze czytać i pisać. W trzeciej klasie zaczęły się ucieczki, nie było go nieraz i po cztery dni w tygodniu. Teraz ucieczki są rzadsze, a Krzyś korzysta z pomocy neurologa, bierze leki, przechodzi terapię. Zapis EEG jest lepszy.

Dąbrowscy mają jeszcze dwoje obcych dzieci. Siedmioletnie Ola i Kasia trafiły do nich rok temu. - Dziewczynki długo posługiwały się dziwnym słownictwem z domu dziecka - idziemy spać na salę, idziemy do wychowawców na telewizję. W pokoju kilkadziesiąt zabawek, a one nie wiedziały, co z nimi zrobić. Skąd miały wiedzieć? Dziewczynki chciały być zabawiane - chodzić na wycieczki, śpiewać. Problemem było, jak rysować kolorowankę, co to jest młotek, Niewiarygodne braki środowiskowe - tłumaczą rodzice.

- Dzieci były w przeszłości bite i teraz robią wszystko, by znowu je bić - dodaje Piotr Dąbrowski, zastępczy ojciec. - Chcą, by wszyscy widzieli ślady - po buzi, po rękach. Chcą wzbudzić litość, uważają przecież, że to norma. Poza tym do tej pory wstydziły się swoich rodziców. Teraz afiszują się nami i niekoniecznie jest to odzwierciedleniem więzi.

Najstarszym dzieckiem Dąbrowskich jest Ewa. Nie byto jej łatwo - przez dziesięć lat jedynaczka i nagle taka zmiana.- Czasem zastanawiałem się, czy Ewie nie robimy krzywdy zabierając innne dzieci do siebie - opowiada Piotr. Jednego dnia była radosna, drugiego robila awanturę. I nie mogę powiedzieć rodzicom, czy mają zostać rodziną zastępczą, jeśli już mają dziecko biologiczne. Poprzez chęć pomocy innym, możemy zaszkodzić własnym dzieciom. Dzieci w placówce nauczyły się walczyć o swoje nie przebierając w środkach. Ale teraz Ewa stała się ich autorytetem.

Nie skarżyła na Krzysia, choć ten jej dokuczał. Zaakceptowała decyzję rodziców. Teraz rozmyśla nad wolontariatem w Domu Małego Dziecka.

- Przygotowujemy się do poszukiwania matki Krzysia - mówi Piotr. - W miejscowości, w której mieszkał, mamy internetowych znajomych. Krzysiowi jest żal. że umarł ojciec. Miał z nim fajne życie. Nie chodził do szkoły, cały dzień spędzał na dworze. Ale nie chce być z matką.

Jeśli tylko wyrazi taką chęć, to jej wspólnie poszukamy. Wszystkim dzieciom trzeba opowiadać o ich historii, ale teraz jeszcze nie wiemy, jak to połączyć - rodzinę zastępczą i rodzinę naturalną. Nie można dopuścić do sytuacji, gdy dziecko ma dwa domy, dwie mamy. Mogłoby dojść do drastycznych nieporozumień.

- W naszym kraju idzie się po najmniejszej linii oporu tłumaczą oboje. - Dzieci wysyłane są do placówki, domu dziecka czy szkoły specjalnej. W domach dziecka jest coraz mniej prawdziwych sierot. Pojawia się natomiast więcej sierot społecznych, których rodzice nie chcą, nie mogą lub nie są w stanie wypełniać swoich obowiązków wobec dzieci. Rodzicom w życiu się nie powiodło, a przecież ich dzieci też potrzebują ciepła.

Pies szczeka pod drzwiami, pewnie chce na spacer. Wyprowadza go zwykle Krzyś. Nie zawsze przychodzi z powrotem. Jednak w końcu tu jest jego dom. Choć zastępczy, ale prawdziwy.

TOMASZ NIEĆ
Dziennik ZACHODNI nr 182, 6 sierpnia 1999 r.


Zastępczy rodzice walczą o syna

Gdy Krzysztof został przyjęty 5 lat temu w poczet członków rodziny, nic nie zapowiadało kłopotów. Kiedyś mieszkał z ojcem, potem przeszedł przez rodzinę zastępczą. Młodzi rodzice nie poradzili sobie. A później przyjechał do Dąbrowskich, najpierw na wakacje. I tak już został. Szybko pojawiły się kłopoty, i to bardzo poważne. Przede wszystkim ucieczki z domu, i to już w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Nie pomagało pilnowanie.

Po kolejnym gigancie trafil do pogotowia opiekuńczego na trzy miesiące, a rodzina zastanawiała się, co z nim teraz począć. Zajrzeli do Internetu, poszperali w książkach, przepytywali znajomych. Odkryli chorobę, która wywołuje wędrowanie. Fuga (tak nazywa się to schorzenie) wywoływana jest przez mikrouszkodzenia mózgu. Trudna do zdiagnozowania i do leczenia. Niezbędna była nie tylko pomoc neurologa, ale także psychologów i psychiatry. - Każda ucieczka jest trudna - mówi Marta Dąbrowska, zastępcza matka Krzysztofa. -To przecież walka o człowieka. Nie wszyscy rozumieją, że Krzysztof nie jest łobuzem.

Ale dla policji i sąsiadów Krzyś to chuligan. Czasem znajdowano go w melinach. No i nie zawsze potrafił wytłumaczyć, jak tam się znalazł. Po prostu nie pamiętał. Po podjęciu leczenia ucieczki były rzadsze i trwały krócej. Gdy lekarz stwierdził poprawę, zmniejszył dawkowanie leków. A wtedy Krzyś znowu znikał.

Szukali go rodzice, szukala policja. Dwunastolatek potrafił sobie poradzić nawet wtedy, gdy temperatura spadała do minus 25 st. C. Znajdowano Krzysia na dworcu w Katowicach albo gdzieś na osiedlu już po kilku dniach. Rekordowo długa była ostatnia ucieczka - 5 tygodni poza domem. Nie pomogło ponowne zawiadomienie policji o zniknięciu chłopca ("Może trzeba było go lać pasem" - mówili na posterunku). Koledzy ostrzegali: "Stary! Uciekaj, bo rodzice idą!". I uciekał, a koledzy świetnie się bawili. - Ludzie dają pieniądze żebrzącym dzieciom - mówi Piotr Dąbrowski, zastępczy ojciec. - Nie zdają sobie sprawy, że to przedłuża giganta i uczy lenistwa. Nie trzeba pracować, pieniądze przecież i tak się znajdą. No to Krzyś zbierał pieniądze.

Ktoś zaproponował Krzysiowi piwnicę, mówiąc, że to bardzo dobre lokum na noc. I jeszcze dożywianie. "Bo to biedne dziecko, rodzice go nie kochają, wzięli z domu dziecka dla pieniędzy". Obcy zadawali pytania, a on opowiadał. Za opowiadanie dostawał przecież jedzenie. A im więcej opowiedział, tym więcej było jedzenia i więcej litości.

- Młodzież podała nam adres miejsca, gdzie Krzyś mial przebywać - mówi matka. Poszłam do tego mieszkania, ale kobieta się wyparła. W końcu powiedziała, że możemy sprawdzić piwnicę. A tam ciuchy, jedzenie, słoik na herbatę... Ale Krzysia nie było. Gdy zagroziłam, że wezwę policję, obiecała, że gdy tylko dziecko się pojawi, natychmiast do nas zadzwoni. Ale przetrzymywali go jeszcze przez cały dzień i solidnie przepytali. - Stwierdzili, że my Krzysia krzywdzimy - opowiada pan Piotr. - że wzięliśmy go dla pieniędzy. A to jest tylko 130 zł miesięcznie, bo takie są nowe przepisy. Gdy okazało się, że jest chory, to przecież mogliśmy go oddać z powrotem do domu dziecka. Ale to nie wchodziło w ogóle w grę, więc żona musiała rzucić dobrze płatną pracę. No i co to za zarobek?

Krzyś wrócił do rodziny po tej rekordowej ucieczce w samą porę, by skończyć szkołę podstawową. Ale Dąbrowscy są rozgoryczeni. Wciąż pracuje tylko Piotr, Marta zajmuje się domem i dziećmi. Naturalna córka Ewa, i oprócz Krzysia - jeszcze dwie dziewczynki z domu dziecka. Na nie otrzymują tylko po 130 zł miesięcznie. Nie płacą od stycznia czynszu. Dzieci przecież muszą jeść, trzeba je też ubierać.

Ale najciężej jest z Krzysiową chorobą. Lekarze nie są pewni, co to jest, i nie wiedzą, jak to leczyć. Schorzenie neurologiczne, czyli fuga, a może psychiczne, tzw. poriomania diagnoza zależy od badającego, może uzależnienie od wolności? - bo Krzyś, wychowywał się przecież na ulicy przez 7 lat. Być może chodzi jeszcze o coś innego... - Kiedy pojawia się jeden problem, to można go przezwyciężyć - tłumaczą rodzice. - ale jeśli kłopoty się nawarstwiają, to ucieczka jest niemal pewna. Najbardziej boli, że kiedy już Krzyś powróci, to przytula się, żąda czulości. Według niego nic złego się nie stało, nie ma żadnego poczucia winy. - Kiedyś chlopak pojechał do supermarketu na wagary i ukradł perfumy dla mamy wspomina pan Piotr. - Przyłapali go.

Kłopoty zawsze odbijają się na wszystkich członkach rodziny. Rodzice są zdenerwowani, dzieci zlęknione i ciche, nawet pies był niespokojny. Teraz Krzyś wrócił z sanatorium, zawsze wraca ze spacerów z psem. - Nawet jeżeli choroba się pogłębi, to nigdzie Krzysia nie oddamy - deklarują rodzice. - Jesteśmy przecież rodziną i musimy go bronić przed bezdomnością.

TOMASZ NIEĆ
DZIENNIK ZACHODNI nr 184, 8 sierpnia 2000 r.

Poprzedni Home Następny