Dom krzywdy...



Dom krzywdy
Małgorzata Kozerawska 16-01-2003,
żródło: Gazeta Wyborcza

Sześciolatki wykorzystywane seksualnie przez dziesięciolatków. Dziesięciolatki pobite za to przez siedemnastolatków. To się zdarzyło w łódzkim domu dziecka. Z przerażeniem stwierdzam, że istnieje tu jakieś drugie życie, o którym nie mamy zielonego pojęcia - z przygnębieniem mówi jeden z wychowawców

W Domu Dziecka nr 5 przy ul. Małachowskiego w Łodzi grupa średniaków wykorzystywała seksualnie młodsze dzieci.

Dyrekcja potwierdza, że kilku dziesięciolatków najprawdopodobniej naśladowało zachowania podpatrzone u dorosłych albo z filmów pornograficznych, które oglądali przed przyjściem do placówki. Ofiarami byli cztero- i sześcioletni chłopcy. Był to jednak jednorazowy epizod - głupia zabawa.

Nam udało się ustalić, że patologiczne zachowania seksualne zdarzały się już wcześniej, a ostatni proceder trwał co najmniej kilka miesięcy. Wreszcie najstarsi chłopcy, tworzący tzw. starszyznę, nie wytrzymali i postanowili dokonać samosądu. Zbili pasem sześciu chłopców, którzy wykorzystywali maluchy. Przywódca grupy, która biła, 19-letni, poruszający się na wózku Piotr Yasin został za karę wyrzucony z domu. Pozostali bijący otrzymali ostre nagany. Nie potrafią się z nimi pogodzić. - Przecież tamci dopuścili się najgorszych świństw na niewinnych dzieciach. My tylko wymierzyliśmy sprawiedliwość, bo dorośli nie umieli tego zrobić.

- Z roku na rok jest w dzieciach coraz więcej agresji. Ale takiej eskalacji przemocy nie mogłam tolerować - wyjaśnia dyrektor Bożena Radzikowska. - Pobite dzieci miały całe pupy sine.

- Cóż, dyrekcja postanowiła ukarać za siniaki na pupie, bo były najbardziej widoczne - ubolewa dr Aleksandra Robacha, regionalny konsultant ds. seksuologii. - Nie jestem zwolennikiem kar, ale jeśli już karać, to obie grupy chłopców.

Głupie zabawy nocą

Na podstawie relacji kilku chłopców i wychowawców, którzy poprosili o anonimowość, udało nam się odtworzyć przebieg zdarzeń z pewnej listopadowej nocy. Grupa chłopców w wieku od siedmiu do dwunastu lat bawiła się w zapalanie i gaszenie światła. W zabawie uczestniczył też sześciolatek. W pewnym momencie mu się znudziło i poprosił o zapalenie światła. Wtedy starsi chłopcy powiedzieli, że i owszem, ale pod warunkiem, że "weźmie im do buzi". Dziecko zgodziło się i wykonało polecenie. Za jakiś czas poskarżyło się starszemu bratu, a ten - wychowawcom. Wychowawcy przeprowadzili własne dochodzenie, a dzieci swoje. Przy okazji wyszło na jaw, że dziwaczne zachowania seksualne trwają w domu dziecka parę miesięcy. - średniacy kazali przychodzić tym małym do pokoju i brać do buzi swoje genitalia - opowiada inny uczestnik samosądu. - A najohydniejsze jest to, że czterolatkowi zrobił to własny brat. Aż się zatrząsłem ze złości, kiedy się dowiedziałem.

Inne dzieci widziały, jak mały chłopiec rozbierał w szafie jakieś dziecko. Przyznał się, że wcześniej podejrzał, jak to samo robił kolega. Jeden ze średniaków regularnie dokuczał maluchowi, z którym mieszkał w pokoju. Rozbierał się do naga, wskakiwał mu do łóżka, kładł się na nim, wchodził pod kołdrę i dusił.

Pasy na całe życie

Napięcie w domu dziecka rosło. Wychowawcy wciąż mieli w pamięci wydarzenie sprzed dwóch lat. W grudniu 2000 roku 17-letni Łukasz W. został przyłapany na próbie zgwałcenia 14-letniej głuchoniemej dziewczynki. Mimo to przez następne kilka miesięcy nadal mieszkał w domu dziecka i spotykał swoją ofiarę. Wreszcie trafił za kratki, bo wpadł również za kradzieże, włamania i pobicie.

Wtedy dziecięca społeczność placówki nie zareagowała. Seks wśród starszych nastolatków różnych płci jest uważany za coś normalnego.

Teraz było inaczej. - Co mali chłopcy byli winni, że zmuszali ich do takich świństw? - nie może zrozumieć jeden z uczestników samosądu. - Pedalstwo jest najwredniejsze z wszystkich przestępstw.

Kiedy jeden z wychowawców postanowił przenieść do innego pokoju średniaka najczęściej oskarżanego o dziwne zachowania seksualne wobec młodszych chłopców, narastające napięcie wybuchło. - W bidulach życie zorganizowane jest w "podziemiach", czyli w grupach - tłumaczy Piotr Yasin, który jako jedyny zgodził się na ujawnienie nazwiska. - Jeśli znasz jednego, który coś przeskrobał, to wiesz, jaka za nim stoi grupa. Szybko doszliśmy do tego, kto wykorzystywał maluchy. I postanowiliśmy ich ukarać. Przecież to jasne, że jeśli teraz krzywdzili małych, to kiedy dorosną, będą gwałcić ludzi w parku. Musieliśmy to ukrócić.

W samosądzie uczestniczyli: 17-letnia dziewczyna i sześciu chłopców w wieku od 16 do 19 lat. Ponieważ bijących było siedmioro, postanowiono, że każdy uderzy trzy razy. W sumie 21 pasów przez spodnie na jedną pupę. Żeby nie było słychać krzyków, głowy chłopców zakryto poduszką.

Rano sprawa się wydała. Dyrektorka natychmiast zgłosiła pobicie w VI komisariacie na Widzewie. Ale nie poinformowała, co wcześniej średniacy zrobili maluchom. Sprawę prowadzi sekcja dochodzeniowo-śledcza. - Dzieci miały sine tyłki. Jak po uderzeniu pasem - mówi jeden z policjantów i zagląda do obdukcji. - Lekarz stwierdził "zasinienie powodujące naruszenie czynności narządu ciała na czas nie dłuższy niż siedem dni".

Grozi za to dwa lata. O tym, dlaczego dzieci zostały pobite, śledczy dowiedział się podczas przesłuchania jednego z podejrzanych. - Myślę, że to jest okoliczność łagodząca - uważa.

Ale dyrekcja domu dziecka nie zastosowała taryfy ulgowej. Wszyscy uczestnicy samosądu dostali ostre nagany za "zachowanie niegodne człowieka i wprowadzanie subkultury więziennej". Piotr Yasin musiał się spakować i został odwieziony do schroniska dla bezdomnych. - Miałem pięć minut, żeby się wynieść. Zawieźli mnie do Schroniska im. św. Brata Alberta, później pewnie trafię do domu opieki społecznej. Chcą mnie do tego zmusić, bo wtedy przepadnie mi wyprawka i prawo do samodzielnego mieszkania - mówi rozżalony.

Część wychowawców uważa, że kara spotkała go zasłużenie. - Piotr od lat nie przestrzegał regulaminu. Pił, stosował używki, uciekał z placówki. Nie chciał się uczyć ani rehabilitować. Mam całą teczkę jego przewin. Po drugiej naganie miałam prawo usunąć go z placówki - przekonuje dyrektor Radzikowska.

Dostało się także wychowawcom, którzy nie przeszkodzili w samosądzie. Prócz ostrych słów od dyrekcji opiekun nocny otrzymał naganę, a stróżowi odebrano premię. Na tym sprawa oficjalnie się skończyła.

Istnieje drugie życie

Część wychowawców jest wciąż zszokowana tym, co stało się w placówce. Przede wszystkim nie rozumieją dziwacznych zachowań seksualnych dzieci i tego, że dyrektorka jakoby tego nie zauważyła.

- Myślałem, żeby pójść do prokuratora. Ale sam nie jestem święty, dlatego zadzwoniłem do was - mówi Piotr Yasin. - Nie chcę, żeby ta sprawa została wyciszona. A wszystko na to wskazuje.

- To nieprawda - mówi oburzona dyrektor Radzikowska. - Staramy się niczego nie przeoczyć, tylko nie zawsze to się udaje. A przecież nie wolno bić dzieci. W tym przypadku naprawdę zdaję sobie sprawę z wagi problemu. Dlatego wszystkie dzieci: pobite, wykorzystujące i wykorzystywane oraz starsi wychowankowie, którzy chcieli skorzystać z pomocy, zostali poddani fachowej terapii. Mamy doskonałego psychologa i pedagogów. Sytuacja w placówce powoli wraca do normy.

Psycholog Małgorzata Wachowska- -Cybusz ma wieloletnie doświadczenie w pracy z dziećmi i długo potrafi opowiadać o mechanizmach przemocy. - Dzieci trafiające do placówki są po bolesnych przejściach i mają wiele urazów w sferze psychicznej, a ponieważ sobie z nimi nie radzą - w sytuacji napięć, konfliktów czy nawet zwykłej nudy - prezentują szereg zaburzeń zachowania. I tak właśnie się stało podczas jednej z zabaw, kiedy doszło do dziwnych zachowań seksualnych.

Psycholog przyznaje, że były to zachowania patologiczne i że zdarzały się już wcześniej, co skończyło się wydaleniem wychowanka z placówki. - Mam nadzieję, że takie sytuacje już się nie powtórzą, ponieważ cały czas prowadzimy terapię z dziećmi i uczymy, jak zastępować agresję innymi, pozytywnymi sposobami postępowania - przekonuje Małgorzata Cybusz.

- Po tej sprawie z przerażeniem stwierdzam, że w naszym domu dziecka istnieje jakieś drugie życie, o którym my nie mamy zielonego pojęcia - z przygnębieniem mówi jeden z wychowawców.


Dlaczego dzieci to robiły?

Rozmawiała Małgorzata Kozerawska 19-01-2003

Większość tych dzieci, które molestowały najmłodszych, musiała doznać w przeszłości czegoś podobnego. Może nawet w tym domu dziecka - mówi seksuolog dr Aleksandra Robacha

Dlaczego zbiliśmy średniaków?

- Tego, co się stało z tymi małymi chłopcami, nie mogliśmy zostawić. Wychowawcy byli bezradni. Zresztą, co oni mogą zrobić - pogadać albo ograniczyć kieszonkowe? To nie jest żadna kara. średniacy znów robiliby te świństwa. A jak dostaną pasem, zapamiętają na całe życie - mówi jeden z najstarszych wychowanków, którzy dopuścili się samosądu.

- Później kazaliśmy im klęczęć na korytarzu i "wkręcać żarówki". To znaczy musieli podnieść ręce i udawać, że je wkręcają - tłumaczy Piotr Yasin. - Po półgodzinie powiedziałem żartem, że kto mi weźmie do buzi, może już nie klęczeć. Zgłosili się wszyscy. Dla nich to nie było nic zaskakującego - dodaje jeden z jego kolegów

Dom dla 80 dzieci

W Domu Dziecka nr 5 mieszka prawie 80 dzieci - od czterech do dziewiętnastu lat. Pokoje są dwu- i trzyosobowe, dyrekcja stara się, by zajmowały je dzieci z podobnych grup wiekowych. Co dzieje się w pokojach wieczorami i nocą, gdy w dużym budynku zostaje jeden, góra dwóch opiekunów? - Korytarze w domu są bardzo długie, na każdym piętrze po kilkanaście drzwi. Ja sam często się mylę, próbując odszukać jakieś dziecko - tłumaczy jeden z wychowawców. - A o tym, żeby ich upilnować, kiedy zaplanują coś głupiego, już w ogóle nie ma mowy

360 domów

W Polsce jest 360 domów dziecka, mieszka w nich 19,5 tys. dzieci. Połowa z tych placówek jest stanowczo za duża, bo liczy powyżej 50 wychowanków - szacuje towarzystwo Nasz Dom, które wspiera i reformuje placówki opiekuńcze.


Jak zatrzymać falę

Małgorzata Kozerawska GW 17-01-2003

Wszyscy są wstrząśnięci historią z łódzkiego domu dziecka. Resort pracy domaga się wyjaśnień i naprawy sytuacji w tej placówce. Podobnie szefowa sejmowej komisji sprawiedliwości

W "Gazecie" opisaliśmy wstrząsające wydarzenia, jakie miały miejsce w domu dziecka przy ul. Małachowskiego w Łodzi. Cztero- i sześciolatki były tam wykorzystywane seksualnie przez dziesięcioletnich chłopców z grupy średniaków. Kiedy to się wydało, zareagowali najstarsi, 18-letni wychowankowie - zbili pasem dziesięciolatków. "Gazecie" o wszystkim opowiedział przywódca samosądu Piotr Yasin. - W bidulu (tak wychowankowie nazywają dom dziecka) małolaty wołały kilkuletnie maluchy do pokoju i kazały im "brać do buzi". Nie chcę, żeby ta sprawa została wyciszona - mówił poruszony. Z jego relacji wynika, że dyrekcja placówki zachowywała się biernie. Za karę wyrzuciła Yasina (jest niepełnosprawny i porusza się na wózku). Pozostałych chłopców, którzy uczestniczyli w biciu, ukarała naganami. Według dyrekcji dziwne zachowania seksualne wychowanków "były głupią zabawą", w której naśladowali dorosłych.

Innego zdania jest regionalny konsultant ds. seksuologii w Łodzi. - "Branie do buzi" i pobicie to zachowania z tej samej kategorii przemocy - mówi dr Aleksandra Robacha. - Mamy tu do czynienia z falą, która jest charakterystyczna dla środowisk zamkniętych, jak wojsko czy więzienie. To przerażające, że wychowawcy są bezradni.

Czy to przypadek wyjątkowy? - Nie prowadzimy badań, co się dzieje w domach dziecka - mówi Victoria Biederman, z-ca dyrektora w departamencie pomocy społecznej resortu pracy. - Zbieramy tylko informacje statystyczne: ile jest domów, ile w nich dzieci i kadry, jakie są warunki. Kontrole i nadzór nad domami dziecka należą w województwach do wydziałów polityki społecznej.

Dyr. Biederman przyznaje, że nigdy nie słyszała o równie drastycznym przypadku: - Placówka jest źle prowadzona i musi być jak najszybciej zreorganizowana. Trzeba znaleźć na to jakiś sposób.

Resort pracy przesłał do Łodzi faks z pytaniem, co zamierza zrobić wojewódzki wydział polityki społecznej w tej sprawie. "Gazecie" nie udało się w piątek porozmawiać z szefami domu dziecka. Mówi Barbara Szczepańska z wojewódzkiego wydziału polityki społecznej nadzorująca placówki opiekuńcze dla dzieci: - Jest problem i chcemy go rozwiązać. W połowie przyszłego tygodnia przeprowadzimy kontrolę w domu dziecka. Porozmawiamy z dyrektorką i wychowawcami.

- To niesłychane, że o tak drastycznych sprawach dowiadujemy się z prasy - mówi Katarzyna Piekarska (SLD), przewodnicząca sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka. - Gdzie w tym wszystkim jest nadzór ministerstwa? Obawiam się, że wydarzenia opisane przez was to wierzchołek góry lodowej. Tej sprawy nie możemy zostawić. Konieczne są badania nad zjawiskiem przemocy w domach dziecka i szersza opieka psychologiczna - mówi Piekarska, która zamierza zgłosić w Sejmie interpelację w tej sprawie.


Wydarzenia potwierdzone

Rozmawiała Małgorzata Kozerawska 19-01-2003

Rozmowa z Mirosławem Kaczmarkiem, dyrektorem zespołu badań i analiz biura rzecznika praw dziecka, szefem ekipy wizytującej dom dziecka przy ul. Małachowskiego w Łodzi.

Małgorzata Kozerawska: Wizytacja już się zakończyła. Czy potwierdziliście państwo wydarzenia opisane przez "Gazetę"?

Mirosław Kaczmarek: Na pewno miały miejsce dwa wydarzenia: doszło do zachowań o charakterze seksualnym wobec najmłodszych wychowanków domu dziecka i do samosądu. To znaczy najstarsi wychowankowie pobili tych wykorzystujących maluchy. Poza tym w przeszłości doszło do innych incydentów, w których przejawiały się dziwne zachowania seksualne dzieci. Zostały jednak zbagatelizowane. Wszystko razem daleko wybiega poza przyjęte normy i jest naganne.

Zatem opisane przez nas zachowania nie są "normalne dla wieku", jak twierdzi dyrekcja placówki?

- Nie, to był wypadek nadzwyczajny. Ale to nie znaczy, że nie mógł się zdarzyć. Większość tego typu zachowań występuje w dużych zbiorowiskach dzieci i młodzieży. A dom przy ul. Małachowskiego jest właśnie taką placówką, bo przebywa w niej blisko 80. wychowanków.

Jeśli był to wypadek nadzwyczajny, to chyba należało go oficjalnie zgłosić i poszukać pomocy?

- Oczywiście. To był błąd, że próbowano poradzić sobie z problemem własnymi siłami. Między innymi dlatego, że nie ma określonych procedur, jak postępować w podobnych sytuacjach. Trzeba stworzyć przepisy, które nakażą dokładnie udokumentować takie wydarzenie nadzwyczajne, przeprowadzić postępowanie wyjaśniające i zawiadomić nadzór. Ten powinien doradzić, jak rozwiązać problem. Takie szczegółowe przepisy są w edukacji. Kiedy domy dziecka przeszły z MEN do opieki społecznej powstała dowolność. I tak było w tym przypadku. Każdy coś robił, ale nie to, co trzeba.

Kto zawinił? System, czy ludzie?

- Zbadaliśmy, na ile wychowawcy i pedagodzy angażują się w pracę z dziećmi, współpracują ze szkołą. Było z tym różnie, jak w każdym środowisku. Chciałbym uniknąć oskarżeń personalnych. Ogólnie wiadomo, że wszędzie tam, gdzie są dobre relacje i więzi między dorosłymi opiekunami i dziećmi nie dochodzi do tak skrajnych przypadków. W tym domu dziecka młodzież wzięła sprawy w swoje ręce. A zatem dobrej współpracy i zaufania nie było. Zlekceważono wcześniejsze sygnały i zachowania świadczące, że dzieci przejawiają w sposób niewłaściwy zainteresowania sferą seksu i intymności. Już wtedy należało się zastanowić, gdzie tkwi przyczyna. Mogły to być doświadczenia wyniesione z domu rodzinnego, ale przez kilka lat pobytu dziecka w placówce opiekunowie powinni się z tym problemem uporać. Tak się nie stało. Co więcej, dorośli okazali się zupełnie bezradni.

Dlaczego?

- Bo podczas studiów na pedagogice sygnalizuje się, że dzieci mogą przejawiać dziwne zachowania seksualne, ale nie mówi się, co z nimi zrobić. Jak rozmawiać z młodzieżą. Dlatego wychowawcy niechętnie ujawniają takie sprawy i starają się je bagatelizować. Wiem o tym, bo w innych placówkach - gdzie wystąpiły podobne problemy - reakcje wychowawców były identyczne jak w Łodzi.

Zło tkwi również w przygotowaniu metodycznym kadry na polskich uczelniach. Przez wiele lat nauczano, że należy wychowywać przez oddziaływanie grupy. I pomylono oddziaływanie socjalizacyjne grupy na jednostkę z wpływem starszego brata, czy siostry. Ja to nazywam zsocjalizowanym "Korczakiem". W efekcie pewne rozstrzygnięcia konfliktów oddawano w ręce "starszym" grupy. Idee korczakowskie zostały strywializowane. I choć dziś uważamy, że proces wychowania zachodzi przede wszystkim między konkretnym wychowawcą i konkretnym dzieckiem plus oddziaływanie grupy - wielu pedagogów tego nie rozumie i nie potrafi zastosować. Dlatego dzieci czasem wyręczają dorosłych.

Co będzie z domem dziecka przy ul. Małachowskiego w Łodzi?

- Musimy pomóc placówce, bo to, co dotąd zrobiła własnymi siłami, jest niewystarczające. Chcemy tam skierować swoich doświadczonych terapeutów i seksuologów. Ale przede wszystkim potrzebny jest spokój. Publikacje o dość ostrych tytułach nie poprawiają atmosfery. Dzieci czują się naznaczone, boją się i wstydzą wychodzić poza dom. Kadra też.

Wolałabym, aby dzieci wstydziły się tego, co zrobiły, a dorośli, że nie potrafili im wcześniej pomóc. Wstydzenie się, bo dziennikarz o czymś napisał, jest stawianiem problemu na głowie. Ta sprawa uświadomiła chyba wszystkim, jak mało wiemy, co dzieje się w placówkach opiekuńczych dla dzieci. Czy rzecznik praw dziecka ma zamiar coś z tym zrobić?

- W 2001 roku wizytowaliśmy zakłady poprawcze i schroniska dla nieletnich. Na ten rok zaplanowaliśmy podobne działania w domach dziecka i w ośrodkach szkolno-wychowawczych. Można powiedzieć, że publikacja w "Gazecie" przyspieszyła realizację tych zamierzeń, a łódzka placówka została w trybie interwencyjnym włączona do planu.

Co chcecie państwo sprawdzić?

- Przede wszysctkim, czy przestrzegane są prawa dziecka w relacjach z dorosłymi i między wychowankami. I czy dorośli oraz instytucje wywiązują się ze swoich obowiązków. W Polsce jest ponad 300 domów dziecka, wybierzemy grupę reprezentatywną - zarówno pod względem liczebności jak i rozmieszczenia. Sprawdzimy, czy oprócz deklarowanego przez kadrę "ciepełka" jest w tych placówkach ciepła atmosfera dla dzieci. To jedno z najważniejszych pytań, na które chcemy odpowiedzieć. Myślę, że prezentacja raportu nastąpi we wrześniu.


Dyrektorka z naganą, wychowawczynie wyrzucone

Małgorzata Kozerawska 28-02-2003, źródło Gazeta Wyborcza

Dwie wychowawczynie muszą szukać nowej pracy, a dyrektorka dostała tylko naganę z wpisaniem do akt. Taką decyzję podjął wiceprezydent Łodzi Karol Chądzyński po zapoznaniu się z wynikami kontroli w Domu Dziecka nr 5 przy ul. Małachowskiego.

A wszystko to po publikacjach w "Gazecie", które wstrząsnęły całą Polską. W kilkutygodniowym śledztwie ustaliliśmy, że w Domu Dziecka nr 5 w Łodzi od lata 2002 r. powtarzały się patologiczne zachowania wychowanków wobec kilkuletnich maluchów. Chłopcy w wieku 10-12 lat zmuszali najmłodsze dzieci, aby brały do buzi ich genitalia. Jeden ze średniaków regularnie molestował malca, z którym mieszkał w pokoju. Personel wiedział o tym, ale nie reagował. Wreszcie 17 listopada 2002 r. nie wytrzymali najstarsi wychowankowie i ukarali molestujących, bijąc ich pasem. Przywódca samosądu, 19-letni niepełnosprawny Piotr Yasin, został za to wyrzucony do schroniska dla bezdomnych, pozostali otrzymali nagany.

Dyrekcja bagatelizowała wydarzenia i ograniczała je do jednego epizodu. Regionalny konsultant ds. seksuologii, dr Aleksandra Robacha, nie miała jednak wątpliwości: - "Branie do buzi" i pobicie to zachowania z tej samej kategorii przemocy. Mamy tu do czynienia z falą charakterystyczną dla środowisk zamkniętych, jak wojsko czy więzienie.

Publikacja wywołała natychmiastowy odzew. Resort gospodarki i pracy zlecił przeprowadzenie kontroli przez nadzór wojewody. Także rzecznik praw dziecka wysłał swoich wizytatorów. - Nie słyszałem o równie drastycznym przypadku. Kadra zachowała się bardzo nieprofesjonalnie - mówił Paweł Jaros.

W sprawie łódzkiego domu dziecka i zjawiska fali przewodnicząca sejmowej komisji sprawiedliwości Katarzyna Piekarska wystąpiła z interpelacją do Ministerstwa Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej Niebawem kontrolerów do Łodzi przyśle NIK.

Po sześciu tygodniach od publikacji wiceprezydent Łodzi Karol Chądzyński podjął decyzje personalne. Choć kontrole rzecznika praw dziecka i z nadzoru wojewódzkiego potwierdziły w pełni zjawiska opisane przez "Gazetę", Chądzyński odniósł się tylko do faktów z nocy 17 listopada 2002 r.

Dyrektor Bożena Radzikowska otrzymała naganę z wpisaniem do akt "za brak nadzoru nad prawidłowością przebiegu pracy nauczycieli pełniących tej nocy dyżur". - To prawda, że dyrektor odpowiada za kadrę. Ale jeśli kadra nie informowała pani dyrektor o nieobyczajnych zachowaniach dzieci, to nie można jej bardziej surowo ukarać. Tym bardziej że wcześniej miała dobrą opinię - wyjaśnił Chądzyński.

Dwie wychowawczynie, które miały dyżur w dniu samosądu, muszą szukać nowej pracy. Chądzyński: - Zostaną zwolnione za brak informacji i przyzwolenie, by najstarsi wychowankowie wzięli sprawy w swoje ręce.

Naganę z wpisaniem do akt dostaną wychowawczyni z nocnej zmiany i dozorca.

- Zwróciłem też uwagę pracownikom Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, że w chwili ujawnienia przez prasę patologicznych zachowań zamiast przyczynić się do naprawy karygodnej sytuacji, oceniali chłopaka, który o wszystkim doniósł prasie. On nie był w porządku, ale brudne mydło też pierze - powiedział prezydent Chądzyński.


Poprzedni Home Następny