DRZWI DO LATA
DRZWI DO LATA
RICHARD F. MINITER
Ta historia zaczęła się od odruchu serca. Postanowiliśmy przygarnąć dziecko, któremu brak miłości i rodzinnego ciepła. Czasem jednak nawet najlepsze intencje nie wystarczą, by nadrobić lata krzywdy i braku opieki.
PO CO NAM to w ogóle pokazują? - zapytałem swoją żonę, Susan, wiosny 1993 roku. Zostawiono nas samych w gabinecie, żebyśmy się zapoznali z teczką chłopca, którym zajmował się ośrodek opieki społecznej. Jeśli to, co czytałem, choć w połowie było prawdą, to dziecko było psychopatą. Wszystko tam było, w gęsto zapisanych raportach w grubym skoroszycie: 8 lat w sprawozdaniach, sądowe wyroki rodziców, opinie kuratorów. Z dokumentacji wynikało, że ów 11-latek jest właściwie opóźniony w rozwoju, często wpada w furię i musi stale brać lekarstwa na uspokojenie. Chłopak systematycznie atakuje personel, moczy się w nocy, rano nie chce wstawać. Kiedy w końcu wstanie, ma kłopoty z chodzeniem. W niemowlęctwie był drastycznie zaniedbany - nie karmiono go regularnie, nie kąpano, nie ubierano. Zabrano go matce, gdy miał 11 miesięcy. Trafił do domu dziecka. Potem wrócił do matki, ale wkrótce znów był w domu dziecka, w rodzinie zastępczej, znów u matki i tak krążył przez większość swego krótkiego życia.
Przeglądaliśmy jego teczkę z inicjatywy mojej żony. Tamtej wiosny w dziennikach telewizyjnych pełno było zdjęć głodujących dzieci z Afryki. Pewnego wieczoru Sue poczuła się szczególnie bezradna, już nie mogła patrzeć na te potworności. Chwyciła program telewizyjny, żeby znaleźć coś innego niż wiadomości. Magazyn otworzył się na ogłoszeniu. Był to apel czegoś, co się nazywało Przystań. Organizacja zwracała się do doświadczonych rodziców, by zaopiekowali się dziećmi z zaburzeniami emocjonalnymi, często też maltretowanymi i zaniedbanymi. Sue osłupiała z powodu takiego zbiegu okoliczności. Przeczytała kilka razy to ogłoszenie, potem wyrwała kartkę i schowała. Tak doszło do tego, że kilka tygodni później przeglądaliśmy akta tego chłopca. To, co czytałem napawało grozą. Pragnęliśmy dziecka, które można by łagodnie wprowadzić w mniej więcej normalne życie. Nie spodziewaliśmy się czegoś takiego. Odetchnąłem z ulgą, gdy Sue głośno wyraziła moje obawy. - Nie poradzimy sobie - westchnęła. - Myślałabym inaczej, gdybym znalazła tu choć najmniejszy dowód na to, że ten dzieciak chce, żeby mu pomóc.- No dobrze, odłóżmy tę teczkę odparłem. - A co to takiego?
Trzymała w ręku kartkę niebieskiego papieru, której przedtem nie zauważyłem. Najwyraźniej wysunęła się z teczki i spadła na podłogę. Na górze był tytuł nagryzmolony kulfonowatym pismem dziecka. O czym najbardziej marzę. Sue podeszła do lampy na biurku. Po chwili wahania też pochyliłem się nad kartką. Trudno to było odczytać. Musiałem wodzić palcami po ołówkowych bazgrołach, zanim odcyfrowałem treść.
O czym najbardziej marzę
O rodzinie
O wędce
O rodzinie
Mike
POD SKLEPIENIEM portyku domu dziecka leżał mały, żałosny stos pudeł i toreb - cały dobytek chłopca siedzącego w recepcji. Mike przeprowadzał się przedtem 11 razy. Sue przyjechała po niego do domu dziecka pod koniec sierpnia 1993 roku, żeby zabrać go do nas na zawsze. Gorąco pragnęła, żeby nasz dom różnił się od poprzednich.
- Pamiętasz tę opowieść o kocie w domu z dwunastoma drzwiami? Zimą podchodził do drzwi i miauczał, żeby go wypuszczono. Pan otwierał, a kot widząc na zewnątrz śnieg miauczał przy następnych drzwiach - zapytała przed wyjazdem po Mike'a. - Owszem. Zawsze szukał drzwi prowadzących do lata. Tak długo się w to bawił, aż w końcu zobaczył na zewnątrz lato - odparłem. - Podejrzewam, że z tymi dziećmi jest podobnie. Niektóre rodzi się we właściwej porze roku. Inne nie, muszą więc z uporem chodzić od drzwi do drzwi, aż znajdą te wychodzące na lato. Aż trafią tam, gdzie chciałyby zostać.
- Kiedy te drzwi otworzy się dla Mike'a chcę, żeby na zewnątrz świeciło słońce - dodała. Tego samego dnia po południu przywiozła Mike'a do domu. Był już u nas "na próbę" w początkach sierpnia. Słysząc donośny głos, podniosłem oczy znad książki. Mike wpadł z hukiem do salonu. Wstałem, żeby się przywitać, ale zanim zdążyłem coś powiedzieć, chłopak minął mnie i znikł w sąsiednim pokoju. Po chwili wbiegła Sue. - Przywitałeś się z Mike'em? - Powiedzmy. Pomogłem wnosić rzeczy na górę do jego pokoju. Sue kupiła mu komplet pościeli ze scenami z filmu Park jurajski. - Nie mogę uwierzyć, że mam taką odjazdową pościel - usłyszałem, wchodząc, ale on natychmiast po moim wejściu zawiesił wymownie głos i odwrócił się plecami.
Chudy
TO MOJE pierwsze wrażenie, Mike jest chudy. Na plecach przez koszulkę widziałem sterczące łopatki, a nawet kręgosłup. Przy około 150 centymetrach wzrostu, ważył jakieś 30 kilogramów. Miał niebieskie oczy, mizerną twarz ulicznika i zmierzwione blond włosy, które aż się prosiły o strzyżenie. Miał też poważny tik. Mniej więcej co 10 sekund potrząsał mocno głową w bok, jakby niewidzialna ręka wymierzała mu policzek. W niczym nie przypominał ponurego psychotyka z tamtych okropnych akt. Był mizernym i straszliwie samotnym dzieciakiem. Dzieciakiem, który marzy o wędce i o rodzinie. Od razu kupiliśmy mu wędkę. Tego pierwszego dnia siedzieliśmy przy dużym stole we czwórkę - był z nami mój najmłodszy syn, 15-letni Liam. Sue zaczęła odmawiać modlitwę. Mike gwałtownie odwrócił się do niej i powiedział zaczepnie i głośno.
- Mam prawdziwą rodzinę. Znam się na rodzinach. Mama Alice i tata Dave, Tommy i Jane - mój brat i siostra - niedawno urodzona siostrzyczka Connie, no i babcia. Babcia kupi mi prezenty na urodziny i na Gwiazdkę. Mój tata Dave pracuje na poczcie, czasem mnie tam zabiera, ale raz był ze mną kłopot i oddali mnie do domu dziecka... Gadał tak bez przerwy. Tik się mu nasilił. Kiedy udało mu się donieść jedzenie do ust, żuł z przesadnym mlaskaniem. - Co my właściwie chcemy zrobić? - spytałem Sue później, gdy sami piliśmy herbatę w kuchni. - Chcemy dać temu dziecku zastrzyk normalnego życia... Nie, nie tak. Chcemy, żeby przy nas znalazł swoją drogę do normalnego życia. - Musimy trochę ściszyć mu głośnik. Po pięciu minutach jego dudnienia zatęskniłem za cudownymi dźwiękami miota pneumatycznego - zauważyłem.
Sue się nie roześmiała.- A ta Alice i Dave? - nie zdobyłem się na mądrzejsze pytanie. Pytałem o ludzi, którzy adoptowali formalnie rodzeństwo Mike'a, ale na niego nie dostali zgody. Twarz Sue stężała.- Nie wiem. Z jakiegoś powodu nie doszło do adopcji. Już nawet przygotowano papiery. Ale coś się musiało zdarzyć.- Aha, pewnie chcieli zjeść spokojnie obiad - rzuciłem cierpko.
Nie będziesz mną rządził
ZANIM zjawił się Mike, prowadziliśmy harmonijne, ustabilizowane życie. Mieliśmy pięciu synów i jedną córkę, ale teraz tylko najmłodszy Liam mieszkał z nami. Sue rzuciła pracę w Nowym Jorku i teraz w domu mozolnie rozkręcali firmę doradztwa finansowego. Ja po 25 latach w przemyśle postanowiłem zarabiać, prowadząc stary wiejski zajazd w Hudson Valley na północ od Nowego Jorku. Interes dopiero się rozwijał. Wprowadziliśmy się do zajazdu i wynajęliśmy na długo kilka pokoi bardzo spokojnym rezydentom. Żeby związać koniec z końcem, pracowałem również dorywczo w lokalnej fabryczce.
Dlaczego zdecydowaliśmy się zburzyć spokój w domu? Nawet nasi najbliżsi zachodzili w głowę, zwłaszcza 24-letnia córka Susanne. Pracowała w klinice pediatrycznej i miała pewne doświadczenie z takimi dziećmi, jak Mike. - Nie macie pojęcia, w co się pakujecie. Takie dzieci niszczą i podpalają. Są hałaśliwe i aroganckie - przestrzegała. - Susanne, kochanie, David też był sierotą - usiłowała przekonywać Sue. David, narzeczony Susanne, spędził dzieciństwo w wietnamskim sierocińcu, zanim ewakuowano go do USA, gdzie został adoptowany.- David nie jest taki jak te dzieci. Zobaczysz, sama się przekonasz uprzedzała Susanne.
Sue parła nieugięcie naprzód z taką silą, że Joanne Dalbo, specjalistka do spraw rodzinnych z organizacji Przystań, ostrzegała mnie na osobności.- Rich, martwią mnie oczekiwania Sue. Jeżeli weźmiecie Mike'a, musicie się liczyć z tym, że długo nie będzie robił postępów.- Rich, poradzę sobie - ucięła krótko Sue, kiedy rozmawiałem z nią o tym. No więc się zgodziłem.
Pod pewnymi względami Milce szybko się zadomowił. Od samego początku podbił serca naszych psów, Misia i Szczeniusia. Miś to czarny mieszaniec labradora, Szczeniuś jest mniejszy i też kundel. Chociaż oba są z natury łagodne, nie lubią obcych. Bez wyjątku. Zwłaszcza Szczeniuś jest bardzo nieśmiały. Dlatego pierwszego wieczoru zaskoczył mnie widok Mike'a. Stał w przejściu, a psy łasiły się do niego. Jeden obwąchiwał jego rękę, drugi wyczekująco patrzył mu w oczy. Kiedy nasze psy są w domu, prawie nigdy nie schodzą na dół. Czym on je tak ujął ?- Mike, nie pozwalamy psom wchodzić tu na dół - powiedziałem jak najserdeczniej.
Spojrzał mi prosto w twarz. W jego dużych niebieskich oczach malowała się niekłamana powaga. - Rich, nie będziesz mną rządził oznajmił spokojnie. W tym momencie nadeszła Sue.- Daj spokój, Milce. Pójdę z tobą na górę. Czas do łóżka. Około północy usłyszeliśmy stłumione krzyki. Weszliśmy do pokoju, który Mike zajmował z Liamem. Chłopak miał naciągnięty koc na głowę i głośno krzyczał. Sądziłem, że to jakaś gra i ściągnąłem z niego przykrycie. Spał jak zabity. Sue usiadła przy nim i przez 20 minut głaskała go po plecach. Stopniowo krzyki przeszły w jęki, a potem sen Mike'a stał się spokojniejszy.
Głuchy telefon
RYTM naszego życia z Mike'em pomału się ustalał. Chłopak wczepił się dosłownie w moją żonę. Nie umiał zająć się niczym sam. Nawet kiedy Sue rozmawiała przez telefon z klientem, siedział tuż przy niej i buzia mu się nie zamykała. Zaprzyjaźnił się z psami. Nie odstępowały go na krok, niczym dwa ciemne cienie pętające się i nam pod nogami. Codziennie po pracy w fabryce wracałem do domu na hałaśliwą kolację z Mike'em, Liamem i Sue, po czym wysłuchiwałem, jak Sue usiłuje zagonić chłopca do łóżka.
- Nie będziesz mną rządził - nieodmiennie rzucał mi w twarz, kiedy próbowałem jej w tym pomóc, albo odwracał się do mnie plecami. Sue nadal twierdziła, że wszystko się ułoży, ale spokój z domu zaczął nam uciekać. Na szczęście była szkoła. Organizacja Przystań skierowała Mike'a do specjalnej klasy, gdzie nad czworgiem uczniów czuwał jeden nauczyciel i dwoje asystentów. Mieliśmy też pomoc specjalisty. Raz w tygodniu wpadała do nas terapeutka rodzinna Joanne Dalbo. Brała Mike'a na rozmowę w cztery oczy, podtrzymywała go na duchu i dawała rady. Rozmawiała również z nami. Podczas którejś wizyty zapytaliśmy, dlaczego Mike terkocze jak karabin maszynowy. - Większość naszych dzieci, zwłaszcza te, które długo przebywały w domu dziecka, opanowały do perfekcji swoją historię. Może być wyssana z palca, ale służy im jako mechanizm obronny. To barykada ze słów, którą nauczyły się budować, a potem się za nią kryć - wyjaśniła. Dopiero po kilku dniach zrozumiałem w pełni jej słowa. Mike spytał Sue, czy mógłby zadzwonić do swoich poprzednich zastępczych rodziców, żeby porozmawiać z "mamą", "tatą" i "babcią". Sue się zgodziła. Zadzwonił z salonu.
- Cześć, babcia? Mówi Mike... Mike - powtórzył po chwili. - Mike, no Mike. Pamiętasz mnie? Mike - powtórzył cicho ostatni raz. Wiedziałem, że po drugiej stronie panuje głucha cisza. Odłożył słuchawkę, poszedł do gabinetu Sue i zaczął jej głośno opowiadać o długiej rozmowie z babcią i o prezencie, który mu kupi na Gwiazdkę. Chciało mi się walić głową o ścianę.
Odrzucona miłość
BYWAŁY chwile, w których trajkotanie Mike'a ustawało, wtedy mówił normalniej i wydawał się niemal bezbronny. Ale szybko zdarzało się coś, co nam przypomniało, że on wciąż coś dusi w sobie. Pewnego dnia po powrocie z pracy wszedłem do kuchni. Sue trzaskała garnkami.- Przez cały dzień się kłóci. Wciąż powtarza, że we wszystkim go okłamujemy - wyjaśniała burzę.- Jak to? - Od samego rana się czepia. Kiedy powiedziałam, że jest ósma, stwierdził, że 7.59. Poprosiłam, żeby sprowadził Misiaka, podkreślił, że pies wabi się Miś. I tak bez przerwy, a przy tym wyraża się ordynarnie.
Po kilku trudnych dniach spotkaliśmy się z Joanne Dalbo. - Sama nie wiem, co jest gorsze, poprzedni słowotok czy obecna złośliwość. Klnie i kwestionuje każde słowo - poskarżyła się Sue. - To musiało nastąpić. Spójrz na to z jego punktu widzenia. Chłopak miał już do czynienia z setkami dorosłych: biegli sądowi, lekarze, terapeuci, nauczyciele, rodzice zastępczy. Wszyscy wkraczali w jego życie, po czym bezpowrotnie znikali. Dlatego Mike nie umie nikomu zaufać ani związać się uczuciowo. Boi się, że znów dozna zawodu, spadnie z emocjonalnej krawędzi, na której nauczył się balansować. Obserwuję to u wszystkich swoich dzieci. Ale Mike jest bystry Znajdzie wyjście - stwierdziła Joanne. Kilka tygodni później siedział sam w starym barze, który nam służył za jadalnię i salon. Gdy weszliśmy nawet się nie odwrócił.
- Odesłaliście kiedyś któregoś za złe zachowanie? - Ale kogo, Mike? - zapytała Sue. - Któregoś z chłopców - wyjaśnił, mając na myśli naszych pięciu synów.- Dokąd mielibyśmy ich odesłać? Sue nie pojmowała w czym rzecz. - Do domu dziecka. - Mike, nasi chłopcy nie są przybranymi dziećmi. Wiesz przecież o tym - Sue usiadła obok niego. Wzruszył cieniutkimi ramionami.- Chyba tak.- To dlaczego pytasz?- Bo jak przyjechałem pierwszy raz, to Henry, Frank i Brendan tu byli - powiedział, przypominając próbny okres, który spędził z nami na początku sierpnia. - A potem spakowali manatki i wyjechali.- Pojechali na studia, Mike. Kiedy dorośniesz, też wyjedziesz na studia. Przyjadą do domu na święto Dziękczynienia i na Boże Narodzenie Sue potrząsnęła nim łagodnie. - Mike, my cię nigdy nie odeślemy. Wybraliśmy ciebie, a ty wybrałeś nas.
Ja nie pracuję
CZĘśĆ ZACHOWAŃ Mike'a z wolna dochodziło do normy. Kiedy psy zaczęły spać z nim w łóżku, przestał w nocy krzyczeć. Gdy zaczynał jęczeć, Miś albo Szczeniuś szturchał go pyskiem pod pachą i Mike się uciszał. Wtedy Sue odstawiła mu leki. - Zauważyłam, że kiedy dotykam jego ramienia, mięśnie ma twarde, jak z żelaza. Ale gdy je masowałam, rozluźniały się i tik na chwilę przechodził. Mike zaczynał mówić ciszej i tak się nie wykłócał - wyjaśniła, że to napięcie mogły wywoływać leki. - Godzę się z tym, że Mike nie do końca nam wierzy, ale to na pewno nie jedyny powód. Może częściowo winne są leki, które Mike bierze od lat. Spróbujmy się przekonać. Zasięgnęła rady jednego ze swoich stałych klientów, lekarza rodzinnego. Pytała także innego doktora. Obaj zgodzili się na odstawienie leków.
Zmianę dostrzegłem dopiero po kilku tygodniach. Pewnego wieczoru spojrzałem na Mike'a i zauważyłem, że znikła gdzieś jego mizerność. Odstawienie leków, regularne posiłki i bieganie z psami na świeżym powietrzu zrobiły swoje. Blady duszek sprzed trzech miesięcy dostał rumieńców. Gdy leki przestały go przytłumiać, na wierzch zaczęty wychodzić ostre kanty charakteru Mike'a. Chłopak wiecznie miewał humory. Moczył się w nocy bez przerwy. Ni stąd, ni zowąd nagle klął i ostro się stawiał.
Pewnego dnia Sue próbowała mu tłumaczyć, na czym polega życie rodzinne.- Między innymi na tym, że każdy ma coś do zrobienia. Widzisz, że Rich odkurza, a ja sprzątam ze stołu. Proszę, wynieś teraz śmieci.- Ja nie pracuję - odparł. Stał zbuntowany na środku kuchni - Mike, wszyscy moi chłopcy mieli w domu obowiązki. - Nienawidzę tych chłopców. Nienawidzę tej piep... rodziny! - Idź do swojego pokoju i zastanów się nad swoim językiem. Łup, trzask! W drodze do pokoju kopał każde drzwi. Taka batalia ciągnęła się dzień w dzień kilka tygodni. - Mike, teraz twoja kolej na zmywanie - mówiła Sue. - Traktujecie mnie jak niewolnika. Zadzwonię do opieki i poproszę, żeby przenieśli mnie do dobrej rodziny- odpowiadał.- Tam stoi telefon - podsuwała Sue.
Mike szedł do pokoju, który dzielił z Liamem i niszczył rzeczy, ale tylko swoje - radio z budzikiem, układankę, obrazki. - Mike, dlaczego to zrobiłeś? pytała Sue niemal we łzach. - To moje - odparował. Kryzys nastąpił kilka dni później. Sue dala Mike'owi odkurzacz i zostawiła go na dole. Byłem na górze. - Tato, zejdź szybko! - wołał Liam. Mike stał twarzą do wykafelkowanej ściany. - Ja nie pracuję - zawodził głośno i przy każdym "pracuję" walił głową w ścianę. Kiedy podszedłem bliżej, uderzał mocniej i szybciej. Stanąłem. W głowie mi huczało: Zrób coś! Nagle mnie oświeciło: Zlekceważ to zachowanie. Nie okazuj strachu. Zrób coś, żeby odwrócić jego uwagę. Roześmiałem się więc. Zaskoczony Mike natychmiast przestał wyć i spojrzał na mnie.- Wiesz, co w tym jest najfajniejsze, Mike? - spytałem.- Co?- Że to sobie robisz krzywdę, a nie mnie. Ze złości rąbnął jeszcze raz głową. - Liam, prawda, że on głupio wygląda? - skomentowałem.
- Nienawidzę tej rodziny - wrzasnął Mike, ale przestał walić głową w ścianę. Odwróciłem się i poszedłem na górę. Musiałem usiąść. Nogi miałem jak z waty. I wtedy usłyszałem szum włączonego odkurzacza.
Rodzinne zgrzyty
W LISTOPADZIE, tydzień przed świętem Dziękczynienia, nasi synowie zaczęli zjeżdżać do domu. Pierwszy był Brendan.- Gdzie jest Miś?- zapytał po uściskach i rozmowach na temat reszty rodziny. Sue i ja spojrzeliśmy po sobie. Miś był psem Brendana, syn wychował go od szczeniaka. Pewnie bardzo się za nim stęsknił.- Jest w bibliotece z Liamem i Mike'em. Zostaw im Szczeniusia - powiedziałem. Szczeniuś. O, nie. Tak jak Miś był przyjacielem Brendana, tak Szczeniuś należał do Henry'ego, który też zaraz przyjedzie. Mike nie tylko będzie musiał wpuścić na scenę naszych synów, ale też straci najlepszych przyjaciół. - Sue, mamy kłopot - powiedziałem do żony. Kiedy przyjechał Henry, Szczeniuś zaraz się do niego przeniósł. Mike został bez psa. Około drugiej nad ranem usłyszeliśmy jego krzyk. Wył z kocem naciągniętym na głowę. Po raz pierwszy widzieliśmy, jak krzyczy na jawie. Sue masowała mu plecy.- Mam pomysł. Chciałbyś przytulić Jerome'a? - Jerome to kot Sue. Mike skinął głową. Potem przytulił go do piersi i się położył. Patrzył gdzieś w dal.
- Nienawidzę ich - mruknął. Nazajutrz Mike przez cały ranek unikał chłopców, a kiedy wybrali się w góry, znów wziął do siebie psy Później Sue poczuła dym. Zbiegła do kuchni i zobaczyli, jak Mike zapala zapałki jedna po drugiej, a potem rzuca je na kuchenkę.- Mike, jeżeli jeszcze raz dotkniesz zapałek, nie będziesz miał wstępu do kuchni! A teraz wracamy do swoich obowiązków.- Ja nie pracuję - odparował. Sue już miała na końcu języka ostrą odpowiedź, ale powstrzymał ją wyraz twarzy Mike'a. Chłopak chciał coś powiedzieć, ale nie mógł tego z siebie wydusić.
- Zrozum. Proszę. Ja nie pracuję. Proszę. Nie zmuszaj mnie - słowo po słowie, ale wreszcie z trudem wybąkał. - Mike, mam sporo roboty w kuchni. Pomożesz mi? Nie musisz pracować, tylko mi pomóż - Sue powiedziała łagodnym tonem.- Pomóc to mogę. W pomaganiu jestem dobry - Mike najwyraźniej uległ.- Kompleks Kopciuszka - Sue poinformowała mnie wieczorem.- Co takiego? - Uświadomił sobie, że jest przybranym dzieckiem i to go boli. Kiedy przydzieliłam mu obowiązki, poczuł się jak Kopciuszek zmuszany do pracy przez macochę. Jeżeli zdołam mu uświadomić, że obowiązki są częścią naszego życia, na pewno poczuje się bezpieczniej. Może od tej pory będzie już lepiej - miała nadzieję Sue. Ale nie było. Przed przyjazdem chłopców obawialiśmy się, że zaakceptują Mike'a z trudem. A powinniśmy się raczej bać, że w ogóle go nie zaakceptują. Brendan ma pogodne usposobienie, a Liam jest na ogół towarzyski. Ale obaj naśladują starszych braci, Henry'ego i Franka. A ci dwaj byli wyjątkowo jednomyślni, co do Mike'a. Nie chcieli zrobić mu nic złego, ale podobnie jak ich siostra nie widzieli powodu, żeby ratować jakieś cudze, dziwacznie zachowujące się dziecko, na którego punkcie ich podstarzali rodzice dostali bzika. A poza tym intruz zabrał im psy! Co wieczór Mike pomagał Sue w kuchni piec ciasto, przygotować kolację, podać do stołu i potem sprzątnąć. I co wieczór chłopcy go ignorowali. Gorzej nawet, oni jawnie go lekceważyli. Nie mówili mu "dzień dobry", wchodząc do pokoju i wychodzili bez "dobranoc". Ani razu nie zwrócili się do niego po imieniu. Na początku Mike zagadywał chłopców.- To ja upiekłem ten placek. To ja ugotowałem jarzyny.
Ale oni rzadko reagowali.- Naprawdę? - czasem zdobywali się na sarkazm. To było nie do wytrzymania. Oboje dostawaliśmy szału. Kilka razy słyszałem, jak Sue przemawia im do rozumu, ale jakby rzucała grochem o ścianę. Widziałem, jak ich postawa rani Mike'a. Rano w święto Dziękczynienia zastałem go w kuchni nad miską płatków śniadaniowych. - Mike, chłopcy zachowują się jak palanty. Ale to się zmieni. Daj im trochę czasu - powiedziałem.- Uważają mnie za czubka. Nienawidzę tej rodziny - odburknął.
Przełamane lody
TEGO SAMEGO dnia stół był nakrywany do świątecznego obiadu, gdy przyjechali David i Susanne - teraz już małżeństwo. Za każdym razem, gdy Mike wchodził do pokoju, z daleka okrążał Henry'ego, Franka, Brendana i Liama. Sue wyjęta dwa indyki z piecyka i poszia na górę się przebrać. Mike był naburmuszony. - Jestem głodny.- Ukrój sobie kawałeczek indyka. Jest w kuchni - zaproponowałem. Poszedł. Po kilku minutach do kuchni weszła Sue. I zaraz wypadła jak burza. - Chodź ze mną - syknęła. Mike siedział w kuchni przy stole. Na talerzu zmieścił chyba całą pierś indyka. Sue kazała mu wyjść do drugiego pokoju.
- A teraz siadaj i do licha, zjedz wszystko, co sobie nałożyłeś - powiedziała, po czym wyszła do kuchni i się rozpłakała. A chłopcy mieli rozrywkę. Rzucili okiem na talerz Mike'a i zaczęli się śmiać. Mike nie mógł znieść takiego upokorzenia i pobiegł do swojego pokoju na górę. - A czego się spodziewałaś, mamo? - spytał jeden z nich, kiedy Sue wróciła z kuchni. Sue na chwilę jakby skamieniali. Po czym rąbnęli talerzem Mike'a w stół. - Czego się spodziewałam? Spodziewałam się, że okażecie mu trochę współczucia. Chłopak harował cały tydzień w kuchni i starał się z wami zaprzyjaźnić, a wy go traktujecie jak trędowatego.
Oniemieli. - Mamo, on nawet nie wie, jak się zachować przy stole w święto Dziękczynienia - wydusił w końcu Frank. -Tyś też nie wiedział póki pierwszy raz nie podsunęliśmy cię do stołu na wysokim krzesełku. Minęło 20 lat, a nadal trzymasz widelec jak szuflę. Mike nigdy nie siadał do świątecznego obiadu z rodziną. Zna tylko sierociniec albo szpital. No więc nie umie... Nie rozumiesz? - gorączkowali się Sue. Zapadła cisza. Chyba nigdy przedtem chłopcy nie widzieli matki w takiej furii. Sue się opanowali, a nam jakoś udało się ściągnąć Mike'a na dół. David pokroił indyka, odmówiliśmy modlitwę i zjedliśmy obiad. Ale świąteczny nastrój posiłku prysł.
Potem chłopcy rozmawiali o czymś w kącie. Podchwyciłem tylko strzęp rozmowy.- Niezły pomysł. - Spokojna głowa - dodał drugi i David wyszedł na dwór. Po chwili usłyszałem Brendana. - Mike, na dworze jest jeleń. Chcesz zobaczyć? Pomyślałem - jak idiota, bo trzeba się było zaniepokoić - że to wreszcie jakiś miły gest z ich strony. Wyprowadzili Mike'a kuchennymi drzwiami. I wtedy dobiegi mnie najbardziej przeraźliwy krzyk, jaki słyszałem w życiu. Mike biegł z wrzaskiem na górę. Był blady jak ściana. Okazało się, że David wziął łeb jelenia i włożył go na głowę. Kiedy Mike wyszedł na dwór, David wypadł na niego z ciemności, porykując. Zmroziło mnie okrucieństwo ich zachowania.- Jak mogłeś zrobić coś takiego? pytałem Davida. - Tato, to był tylko żart. Sądziliśmy, że przełamiemy lody - Henry zbył mój wyrzut machnięciem ręki.- Niech was cholera - warknąłem. - Wcale się nie bałem. Odwróciłem się w kierunku tego głosu. Mike stał u podnóża schodów. Wciąż był blady, ale się uśmiechał. - Wcale się nie bałem - powtórzył. - A właśnie, że się bałeś - przekomarzał się z uśmiechem Brendan, szturchając Mike'a.
Wtedy zrozumiałem, że chłopcy, na swój własny sposób, wyciągają do niego rękę. Co więcej, Mike też to zrozumiał. Po chwili na dół zeszła Sue.- Podam ciasto - powiedziała zdziwiona widokiem roześmianego Mike'a droczącego się z chłopcami. - Mogę ci pomóc? - Mike zerwał się z miejsca. Sue ukryła zdumienie. - Jasne, przecież sam je upiekłeś. - Dobre to ciasto z dyni, Mike - pochwalił po chwili Henry. - Dzięki - odparł Mike. Zaczęła się ogólna rozmowa i śmiechy. Wreszcie o 11 wieczorem wyprawiliśmy Mike'a do łóżka.- Teraz powiedz mi, co się stało, kiedy byłam na górze? Słyszałam dziki wrzask. - To lody pękały. Nie chciałabyś wiedzieć, jak.
Boże Narodzenie
KILKA tygodni później, tuż przed Gwiazdką, polowałem w lesie niedaleko domu. Tropiłem młodego jelenia. Wtem pojawiło się przede mną coś, co przypominało widmo z dawnych wieków - największy jeleń, jakiego w życiu widziałem. Zatkało mnie, działałem więc jak automat. Odbezpieczyć. Nie oddychać. Za daleko? Nie. Trafię. Strzelba właściwie sama uniosła się do ramienia. Wypaliłem. Nazajutrz taszczyliśmy go do domu. David uciągnął kilkanaście metrów potężne cielsko.- Potrzebna nam pomoc. Czuj ę się, jakbym wlókł słonia - oświadczył. - Liam i Mike są w domu - podpowiedziałem. David ruszył po pomoc. Pięć minut później usłyszałem trzask kuchennych drzwi i zobaczyłem Mike'a wybiegającego z domu. Puścił się w moją stronę tym swoim charakterystycznym krokiem ze stopami skierowanymi do środka. światło igrało mu w blond włosach, a twarz rozpromieniał uśmiech. Patrzyłem, jak biegnie, a w oczach stanął mi znerwicowany rozbitek sprzed kilku miesięcy, który ważył zaledwie 30 kilogramów.
- Chyba nie będzie mógł odbywać dłuższych wędrówek. Może nigdy nie nabrać sił - mówiła Joanne, kiedy przekazywała nam jego karty zdrowia z Przystani. Mike dobiegł do mnie. Zaczął tańczyć wokół jelenia jak Indianin.- Udało ci się! Udało ci się! - wołał. Po chwili zjawił się David z Liamem. We czterech dociągnęliśmy zwierzę do domu i powiesiliśmy je na lince holowniczej na drzewie. Niebawem zaczęły zjeżdżać samochody z myśliwymi. Rozeszła się wieść, że można u nas zobaczyć bodaj największego jelenia w tym sezonie. - Rich, przyjeżdża coraz więcej ludzi - Mike wyjrzał przez okno. Jęknąłem. Marzyłem tylko o tym, żeby wziąć prysznic i coś zjeść. - Mike, ty musisz z nimi pogadać. - Ja? - aż się cofnął z wrażenia. Trząsł się jakby go prąd poraził. To nie było kategoryczne polecenie, ale zobaczyłem w jego oczach ożywienie. - Idź, Mike, odpowiedz im na pytania - powiedziałem. - Dasz mi latarkę? Dałem.
Wychodziłem w szlafroku spod prysznica, kiedy wpadła Sue i złapała mnie za rękę. - Nie zapalaj światła. Wyjrzyj na dwór. W świetle reflektorów aut stało kilkunastu mężczyzn. Podjeżdżały kolejne samochody. Mike stał z przodu, gestykulował jak aktor, wymachując latarką, by oświetlić ciało jelenia.- Mój tata go zastrzelił. To największy jeleń w Ameryce. Zabił go strzałem z ponad półtora kilometra. Pomogłem mu wlec go do domu. Patrzyłem na niego i myślałem o niezliczonych lękach kłębiących się w tym zagadkowym człowieczku. Nie było wśród nich tego najpospolitszego - lęku przed stanięciem przed grupą ludzi i przemawianiem do nich. Zanim się obejrzeliśmy, nadeszły święta Bożego Narodzenia. Zabraliśmy Mike'a, żeby kupił wszystkim jakieś drobiazgi. Normalnie prezenty rozpakowuje się dopiero w pierwszy dzień świąt, ale w naszej rodzinie mamy inny zwyczaj.
Już w Wigilię każdy otwiera jeden prezent. Mike dostał wymarzoną grę komputerową. Potem położyliśmy się do łóżek. Tuż przed zaśnięciem coś mnie tknęło.- Czy ktoś dał Mike'owi ozdobny papier, żeby mógł zapakować prezenty, które kupił?- Na pewno ktoś to załatwił - odpowiedziała Sue z twarzą wtuloną w poduszkę. Rano wstałem pierwszy. Znalazłem Mike'a przed telewizorem, spał z dżojstikiem w ręku. Spojrzałem pod choinkę. Prezenty dla każdego członka rodziny leżały w oddzielnych stosach. Każdy miał na górze małą paczuszkę owiniętą w zwyczajny papier, starannie zapakowaną i oklejoną taśmą. Na każdej widniało imię odbiorcy pięknie wypisane ołówkiem i rysunek - choinka, renifer, mały Mikołaj. Poczułem; jak coś mnie ściska w gardle.
Ciężka zima
W STYCZNIU Henry przyjechał do domu na dłużej. Na uczelnię miał wrócić dopiero w maju. Zatrudnił się jako myśliwy w pobliskim hotelu. Mniej więcej w tym okresie Sue dostała telefoniczną wiadomość. Kiedy odłożyła słuchawkę, spojrzała na mnie niewidzącym wzrokiem. - Rich, moja mama ma raka. Jej matka, Lee, musiała poddać się operacji. Potem przyjechała do nas na czas chemioterapii i naświetlań. Dla wygody Lee umieściliśmy ją w pokoju Mike'a na pierwszym piętrze naszego dwupiętrowego domu. Mike'a przenieśliśmy do niedawno odremontowanego pokoju na samej górze. Mimo przygnębienia całej rodziny Mike wydawał się podniecony, wręcz zachwycony przeprowadzką. Pierwszego wieczoru Lee siedziała w wiklinowym fotelu w salonie. Blada i słaba, odezwała się niemal szeptem, ile z uśmiechem.- Witaj, Mike. Mike spojrzał na nią uważnie.- Kiedy wyjeżdżasz? - rzucił w odpowiedzi.
- Mike! - skarciła go Sue. Kilka dni później jeszcze, półśpiąc wszedłem o godzinie 6.30 do pokoju Mike'a i potrząsnąłem nim. - Mike, pora wstawać. - Nie! - krzyknął, po czym gwałtownie podniósł się i klęknął na łóżku. Widziałem co robi, ale nie mogłem w to uwierzyć. Zamachnął się lewą ręką zaciśniętą w pięść i rąbnął mnie w twarz. Po czym padł na łóżko.- Pieprzę cię! - ryknął. Zadziałałem odruchowo. Chwyciłem materac, szarpnąłem i zrzuciłem Mike'a na podłogę. Kiedy pomagałem mu wstać, ogarnął mnie wstyd. I wściekłość na siebie. Jak mógł coś takiego zrobić? 1 dlaczego? Sue postanowiła, że sama będzie go budzić.- Jesteś zbyt impulsywny - orzekła. Ale kiedy nazajutrz rano poszła na górę, Mike rąbnął pięści w okno przy swoim łóżku - wybił obie szyby Sue stała przez chwilę jak ogłuszona, wiatr hulał po pokoju. Chociaż wszędzie leżało potłuczone szkło, Mike jakimś cudem nawet się nie zadrapał. Sue przeniosła go przez odłamki, postawiła na ziemi i wskazała ręki łazienkę.- Marsz - warknęła.
Przez cały styczeń poranne sceny się nasilały. Co wieczór kładliśmy Mike'a do łóżka, czytaliśmy mu, utulaliśmy, obejmowaliśmy na dobranoc. Chwalił swój nowy pokój, a rano znów rozpętywał wojnę. Pewnego dnia przy kawie przed kominkiem, Lee dysząc kolejni awanturę na górze, wzniosła oczy do nieba, a potem zerknęła na mnie.- Myśleliście, żeby przenieść go z tamtego pokoju? - spytała.- Lee, on uwielbia ten pokój.- Jakoś mi na to nie wygląda. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że szykuje zmianę taktyki. Pewnego dnia wrócił z biegów na nartach i wszedł do kuchni, żeby coś przegryźć.- Czyja kolacja stoi na stole? - usłyszałem jego wołanie.- Mamy Sue. Zaniosę jej, jak wyjdzie z kipieli - odkrzyknąłem. Trzask! Wszedłem do kuchni. Taca i naczynia leżały na podłodze. Mike wbił we mnie duże niebieskie oczy.- Zsunęło się - powiedział. - Postawiłem tacę na środku stołu.- Musiałeś ją przesunąć. - E tam.
Dwa dni później z Henrym zabieraliśmy go ze spotkania młodych skautów. Mike był w dobrym humorze, ale gdy tylko wsiadł do samochodu, zaczął obrzucać Henry'ego wyzwiskami. Wszystkie moje uwagi ignorował. - E tam, nie będziesz mną rządził słyszałem tylko. Henry milczał prawie cały czas. - Tato, ja się tym zajmę - powiedział kiedy podjechaliśmy pod dom. Mike szedł do domu, ale Henry złapał go z tyłu i wrzucił w zaspę. Odczekał, aż Mike się wygramoli, po czym znów go złapał i znów wrzucił. Za każdym razem wykrzykiwał dokładnie te same wyzwiska, którymi Mike go obrzucał. Wreszcie Mike nie wytrzymał - Rich, na pomoc.
Wszedłem do domu. Sue wypadła z gabinetu do salonu.- Co Henry robi Mike'owi? Lee siedziała przy kominku zatopiona w lekturze. Wyjrzała przez okno, a Mike znów lądował w zaspie. - Siadaj, Sue. Pewno Mike zaczął uspokoiła córkę. Po chwili Mike wszedł czerwony na twarzy, był przemoczony do nitki, trząsł się jak galareta, ale miał niezwykle zadowoloną minę.- Mike, co jest? - spytałem. Nie odpowiedział. Wbiegł na górę, przebrał się w piżamę i po raz pierwszy sam znajmił, że chce iść spać. - Co? Tak wcześnie nigdy się nie kładł. - Muszę. Henry powiedział, że przyjdzie na górę i mnie dopilnuje odparł Mike z uśmieszkiem po czym wybiegł. Henry potraktował Mike'a jak zwykłego, dokuczliwego braciszka i to podziałało cudownie.- W porządku, poddaję się - skomentowała Sue.
Furia
KILKA DNI potem Mike miał składać ślubowanie na wieczorku skautów. Denerwowałem się, bo musiałem trzymać mu rękę na ramieniu, kiedy stał przed całym tłumem. Gdy się zawahał pomyślałem - No, tak. Zeżre go trema. Dlaczego z nim nie przećwiczyłem? Ale wyrecytował przysięgę bezbłędnie. Po powrocie do domu poszedł do siebie na górę, ale zaraz zbiegi na dół. Podpalił stos zapałek i wzniecił pożar w kuchni. Byliśmy wstrząśnięci. Na rozmowę przyszła Joanne Dalbo. Bardzo się zmartwiła ostatnim wybrykiem Mike'a. Organizacja Przystań nie przedłuży pobytu w rodzinie dziecku, które podpala dom. - Wyłożę mu kawę na ławę. Jeżeli wznieca pożary, musi stąd odejść. Sue pokiwała głową, wyraźnie przybita, bo wszystko to ją przerosło - Mike, choroba matki, okres rozliczeń podatkowych.- Prawie nie śpię, zamartwiam się, że znajdzie zapałki albo że w środku nocy zejdzie do kuchenki - wyznała.
- Chcesz, żebyśmy go zabrali?- Joanne spojrzała na nią. Minęła długa, długa chwila. Sue rozejrzała się wokół, jakby chciała gdzieś uciec. - Niech on tu przyjdzie - powiedziała cicho. Zachowanie Mike'a przybrało niebezpieczną formę, więc musieliśmy postawić mu ultimatum - jeszcze jedno podpalenie i stąd odchodzi. Mike pokiwał głową.- Nigdy, nigdy więcej tego nie zrobię - obiecał. Pożary się skończyły. Ale rozbijanie szyb nie.- Sue, przenieś go z tego pokoju nalegała Lee. Nie, mamo. On go ubóstwia. Musi chodzić o coś innego. Potwierdzenie domysłów teściowej przyszło kilka dni później. Liam opowiedział nam, że Mike wstał o 4 nad ranem, bo chciał pójść do łazienki, ale nie ruszył się z pokoju. Powód był oczywisty - nie zdołał zmusić żadnego psa, żeby wyszedł z nim na ciemny korytarz. Mike bał się ciemności. Ile razy zdarzyło sil to przedtem? zastanawiałem się.
Następnej nocy nastawiłem budzik na 4 rano i zakradłem się na górę. Otworzyłem drzwi do Mike'a i zobaczyłem go na wpół śpiącego przy biurku. Siedział z Misiem w objęciach. Na górze w korytarzu nie mieliśmy jeszcze światła. Nazajutrz daliśmy więc Mike'owi wybór - może spać w pokoju, albo w śpiworze pod naszymi drzwiami, gdzie paliło się światło. - Mogę spać na podłodze. Przygotowaliśmy mu posłanie w korytarzu na pierwszym piętrze, skąd mógł widzieć światło z salonu. Od tamtej pory sypiał jak zabity.
Mama Sue nabrała trochę sił i wyprowadziła się tydzień później. Mike wrócił do dawnego pokoju. Wrócił też poranny spokój. Ale nie na długo. Pewnego dnia poprosiłem w aucie, żeby zapiął pas. Znów usłyszałem: - Nie będziesz mną rządzić. Któregoś wieczoru nie chciał odrobić lekcji, siedział do nocy przy stole, a potem rozbił szybę w drzwiach do swojego pokoju. Znowu. Poprosiłem swojego zięcia Davida o radę. Sam był sierotą, więc mógł dojrzeć coś, czego nie zauważyłem.- Jest wobec was agresywny, bo zadaliście sobie trud i urządziliście mu nowy pokój - stwierdził.- Nie rozumiem - odpadem. - Byłem tak zły, wściekły na to, co mnie spotkało w życiu, że drażniło mnie wszystko, nawet miłe gesty przybranych rodziców. Ale w końcu pojąłem, że starają się, jak mogą - wyjaśnił David.- Ile ci to zabrało? - Jakieś dziesięć lat - roześmiał się gorzko.
Dzięki Davidowi zachowanie Mike'a stało się dla mnie bardziej zrozumiałe, ale nadal nie wiedziałem, jak je zmienić. Samo zmieniało się na gorsze. Pewnego dnia w marcu przywitała mnie w domu dziwna cisza. Kiedy mijałem drzwi Mike'a, chłopak wystawił głowę i zaraz ją schował. Wszędzie leżały odłamki szkła. Zawołałem Sue, nie odpowiedziała. Znalazłem ją w sypialni z twarzą wciśniętą w poduszkę. Dotknąłem jej ramienia, odwróciła się. Miała czerwone oczy i zapuchniętą twarz. Rozpłakała się. - On znowu rozbił szybę w swoich drzwiach. Potem roztrzaskał zegar w moim gabinecie i groził, że rozwali mi komputer.- O co poszło? - Poprosiłam, żeby pomógł mi wnieść zakupy. Zrobił to, a ja go przytuliłam i pocałowałam. Rich, on kiedyś zniszczy mój komputer, podpali nasze mieszkanie. Ten dom i dzieci to dorobek naszego całego życia. Nie chcę go stracić - mówiła roztrzęsiona.- Mamo? W progu stał Henry. Zobaczył odłamki szkła, zapłakaną matkę i poszedł wprost do pokoju Mike'a. Kazał mu zamieść odłamki, odkurzyć, wytrzeć na mokro, a jak to skończy spać. Później przyszedł do pokoju, w którym siedzieliśmy przy mocnej herbacie.
- Myślę, czy nie odesłać Mike'a. Zrobiłbyś to na naszym miejscu? - zagadnęła go cicho Sue. - Nie, ale traktowałbym go zupełnie inaczej - odparł. - Pod jakim względem? - spytałem. - Wiecie, że ten mały ma kłopoty z waszą troskliwością. Cokolwiek zrobi, wy okazujecie mu coraz więcej troski. Jeżeli chcecie, żeby został, przestańcie go tak głaskać. Nie zachowujcie się, jak świeżo upieczeni rodzice.
Równia pochyła
CZYŻBY MIKE wyczuł, że posunął się za daleko? Coś się stało, bo ku naszemu zaskoczeniu zaczął Codziennie odrabiać lekcje, i to sam, bez walki. Na przełomie marca i kwietnia nieco odetchnęliśmy. Wiosną Mike'a przeniesiono do zwykłej klasy, o czym od dawna marzył.- Może robimy błąd, wycofując go ze specjalnego programu nauczania. Nigdy przedtem nie musiał tak długo siedzieć w jednym miejscu. Bardzo go to męczy - martwiła się Joanne Dalbo. W zachowaniu Mike'a zaczęły się pojawiać drobne, lecz złowieszcze zmiany, niczym ciemne strzępy chmur przed burzą. Któregoś wieczoru wybiegł na dwór, grożąc, że rzuci się pod samochód. Dwa dni później zmoczył się w nocy i nie chciał wziąć prysznica.- Jestem zmęczony. Nie chcę chodzić do szkoły - wykrzykiwał. Nazajutrz zrobił kopniakiem dziurę w ścianie. Później wybił w salonie szybę... I tak to szło, żadnego zmiłowania aż do połowy maja.
Mike smacznie spał, a Sue wyprowadziła mnie na oszkloną werandę. Chciała pogadać.- Rich, starałam się. Oboje się staraliśmy. Odkąd do nas przyszedł wstawiłeś już chyba 30 albo 40. szyb. Nie zliczę, ile dziur załatałeś w ścianach. Poleciały dziesiątki naczyń, lamp i zabawek. Wzniecał pożary i musieliśmy znosić najordynarniejszy język. No i wciąż się moczy. A jest silniejszy, coraz silniejszy - patrzyła mi prosto w oczy, wypatrując w półmroku mojej reakcji. Westchnąłem. Miała rację. - No więc? - Rozmawiałam z Joanne. Ustaliłyśmy wstępnie, że Mike wyprowadzi się 22 czerwca. Tyle czasu zabierze załatwienie mu innego miejsca. Powinienem się tego spodziewać, ale przeżyłem wstrząs. Sue wyciągnęła do mnie rękę.- Rich, on ma nas gdzieś. Nie uznaje nas za rodziców. I nigdy nie uzna.
Złamana łapa
USIŁOWAŁEM nie myśleć o wyjeździe Mike'a choć ten jeden dzień. Nasz syn Frank przyjeżdżał do domu. Podjechałem po niego na dworzec. - Oddajemy Mike'a - oznajmiłem mu w drodze do domu. Wzruszył ramionami. Nie odezwał się. Ale musiał o tym myśleć.- Opowiadałeś kiedyś Mike'owi o Złamanej Łapie? - spytał, gdy wyjeżdżaliśmy ze stacji benzynowej. Przypomniały mi się historyjki o zaczarowanym niedźwiedziu Złamana Łapa, które przed laty wymyślałem dla chłopców i opowiadałem im na dobranoc. Czułem, że muszę opowiedzieć Mike'owi choć jedną. Jak gdybym chciał przed jego odjazdem wycisnąć na nim trwalsze piętno naszej rodziny Przyjechaliśmy do domu i odszukałem w szafie stare skórzane pudło. Pół godziny porządkowałem pliki żółtych arkuszy, zatopiony we wspomnieniach - widziałem moje dzieci zasłuchane w opowieści o Złamanej Łapie. Czasem je spisywałem i potem opowiadałem, kiedy indziej wymyślałem na poczekaniu, opowiadałem, a potem notowałem.
Kilka dni później wszedłem wieczorem do pokoju Mike'a. - Chcesz, żebym ci opowiedział pewną historię? W roku 1757 zły szaman toczył walkę z dobrym szamanem o to, który zdobędzie serca członków ich indiańskiego plemienia. Zły otruł dobrego, ale zanim ten dobry umarł, przekazał swoją moc ciężko rannemu, osieroconemu niedźwiadkowi, którego nazwał Złamana Łapa. Był to czarodziejski niedźwiedź. Kiedy skończyłem opowieść - a zawsze kończyła się tym, że Złamana Łapa kogoś ratował albo mu pomagał - Mike długo siedział na łóżku w milczeniu. W końcu spytał. - Czy Złamana Łapa zawsze pomaga członkom tej rodziny? - Tak, bo chyba myślimy podobnie, jak on. - Skoro jestem w tej rodzinie, czy też mógłbym wezwać Złamaną Łapę na pomoc? - Oczywiście - potwierdziłem. Miałem nadzieję, że moja historyjka jakoś go poruszy, ale wszystkie nasze wysiłki szły na marne. Nadal powtarzały się jego wybuchy bez powodu. Sue znowu płakała i zaczęła liczyć dni do jego wyjazdu. Serce mnie bolało, ale przyznawałem jej teraz rację. Mike rósł - miał już 12 lat - i stwarzał coraz większe zagrożenie. Nadeszły 20 urodziny Brendana i urządziliśmy mu przyjęcie. Przyjechała Susanne z Davidem. Siedzieliśmy z Sue przy kawie, gdy obok nas przykucnął David. Widziałem, że coś go gryzie. - Co jest, David? - Nie róbcie tego - powiedział. Sue nie dała mi dojść do słowa. - Nie chcemy wyrządzić Mike'owi krzywdy. Ale on nigdy nie mówi do mnie "mamo". Jeżeli jeszcze raz usłyszę od niego "Sue", chyba zwymiotuję. Wkrótce Sue powiedziała mi o rozmowie, jaką miała z jednym ze swych klientów, psychologiem. Odradzał jej dom dla resocjalizowanych nastolatków, do którego miał trafić Mike. Większość chłopców była tam znacznie starsza od Mike'a. Niektórych umieszczano tam, bo popełnili ciężkie przestępstwa. Podobno odbywał się tam handel narkotykami, a starsi chłopcy znęcali się nad młodszymi.
Spytałem: - Zmieniłaś więc decyzję? - Nie. - W takim razie to nie jest nasza sprawa. 30 maja, w Dniu Pamięci Narodowej, Sue poinformowała Mike'a o tym, czego się już spodziewał, że po zakończeniu roku szkolnego opuści naszą rodzinę. Wyjaśniła, że to z powodu jego zachowania i że nie możemy mu więcej pomóc. Chłopiec aż zadrżał, ale nie odezwał się słowem. Po południu spytał, czy może pojechać ze mną na zakupy. Powiedział, że chciałby upiec tort Czarny Las i przedstawił listę składników. Po powrocie kilka godzin spędził w kuchni. Upiekł wspaniały tort, który podał nam uroczyście po kolacji. Wieczorem stałem na trawniku za domem, kiedy na dwór wyszedł Mike. Jego twarz bielała w ciemnościach. Przytuliłem go. - Dla kogo upiekłeś dziś ten tort? - Dla Sue. Staliśmy tak jeszcze chwilę, ja bezgłośnie płakałem, czułem lekki oddech Mike'a na mojej piersi.
- Sądzisz, że Złamana Łapa mógłby mi naprawdę pomóc? - zapytał. - Czemu nie? Wszystkiego innego już próbowaliśmy - odpowiedziałem, czując jak mnie dławi w gardle. Po półgodzinie byliśmy w lesie. Rozpaliłem małe ognisko i kazałem Mike'owi zdjąć koszulę. Mieliśmy odbyć. święty rytuał wołania Złamanej Łapy, który dla niego wymyśliłem. - Zobaczymy go? - pytał Mike.- Nie, ale poznasz, że tu jest, kiedy poczujesz chłodny wiatr. Najpierw musisz uczernić sobie twarz, żeby okazać skruchę i że potrzebna ci pomoc - odparłem. Umazałem mu twarz sadzą. - Teraz potrzebny nam dym - przykryłem ognisko mokrymi liśćmi. Byliśmy tylko my i ciemność, nie widzieliśmy się nawzajem.- Wezwij go - powiedziałem. - Złamana Łapo! - zawołał cicho. - Jeszcze raz. - Złamana Łapo! Czekaliśmy. Słyszałem, jak nocny wiatr szeleści po zboczu, jak nadciąga przez gęstwinę. - Czuję - powiedział Mike ledwie słyszalnym szeptem.
- Poproś go. Po drugiej stronie smugi bladego dymu zapadło długie milczenie - Pomóż mi zostać w domu - ledwo usłyszałem szept. W drodze powrotnej zmówiłem modlitwę, żeby ten szalony pomysł jakoś mu pomógł. Ale nazajutrz po południu, kiedy pracowałem na górze przy komputerze, usłyszałem krzyki, wrzaski i łoskot przedmiotów spadających ze schodów. Nie rozumiałem słów, ale poznałem głos Mike'a. Aż mnie coś w środku zabolało, pochyliłem się nad klawiaturą, tak straszny żal mnie ogarnął. Wreszcie zmusiłem się, żeby zejść na dół. Kiedy wszedłem do jadalni, Liam stał w kącie. Sue trzymała pochlipującego Mike'a w ramionach, głaskała go po włosach i całowała w czubek głowy - Wszystko będzie dobrze, kochanie - w kółko powtarzała miękkim głosem. - Co tu się dzieje? - szturchnąłem Liama. - Graliśmy na dworze w piłkę i pszczoła usiadła Mike'owi pod okiem. Próbował ją strzepnąć, ale go użądliła. Wtedy wpadł tu jak małe dziecko, wrzeszcząc: "Mamusiu, pomóż mi!". I teraz ona ciągle go tak trzyma.
Nazajutrz w kuchni Sue zaczęła rozmowę.- Dzwoniła Joanne. Powiedziałam jej, że ten dom dla resocjalizowanych nastolatków nie wchodzi w rachubę. Oświadczyła, że zostaje więc tylko Dziecięca Klinika Psychiatryczna w Rockland... - Taaak? - zapytałem wolno, wiedząc, co usłyszę. - No, wiesz. Na to się nie zgodzę ucięła. Wtedy wszedł Frank. - Słyszałem, jak Mike woła do was "mamo" i "tato". Co jest grane? - Teraz tak do nas mówi - odparłem z dumą.
W PRZEDDZIEŃ święta Dziękczynienia 1996 roku dokonaliśmy formalnej adopcji Mike'a. Uparł się, żeby zmienić zarówno imię, jak i nazwisko. Teraz jest wyższy od Sue i ode mnie. Czyta książki i nadrabia te stracone lata. Został mu tylko jeden pies, bo Szczeniuś zdechł. W dni powszednie gra z kolegami w koszykówkę. Nadal gotuje i chciałby zostać kucharzem. Zdarzają się jeszcze trudne chwile, ale czujemy, że nasz syn w końcu znalazł swoje drzwi wychodzące na lato.
Z KSIąŻKI "THE THINGS I WANT MOST: THE EXTRAORDINARY STORY OF AN EMOTIONALLY DISTURBED BOY'S JOURNEY TO A FAMILY OF HIS OWN" 1997 BY RICHARD E MINITER, BANTAM DOUBLEDAY DELL, BROADWAY, NOWY JORK; ZDJĘCIE: ROBIN BOWMAN; ILUSTRACJE: STEFANO VITALE; TŁUMACZENIE: ANNA KOŁYSZKO
Reader's Digest Przegląd Sp. z o. o.
00-845 Warszawa, Łucka 2/4/6
tel. 654 55 44, fax 654 55 33
Biuro Obsługi Klienta (0-22) 519 77 77
email: info@digest.com.pl
http://www.readersdigest.pl/Reader's Digest Przegląd Kwiecien 1998