Dwa domy - dwie historie
Dwa domy - dwie historie
WSTĘP
Od tygodni ślęczę nad kilkoma tekstami dotyczącymi rodzicielstwa zastępczego i próbuję wczytywać się w te wszystkie informacje, staram się zrozumieć w którym miejscu jest obecnie rodzicielstwo zastępcze w naszym kraju. Pierwszy artykuł pani Ewy Winnickiej w POLITYCE nr 12/2008. Czytam w nim "Nikt już nie przekonuje, że bidul służy osieroconemu dziecku. Sierota społeczna powinna życ w rodzinie zastepczej, a system pomocy społecznej w tym czasie powinien uzdrawiać jego bilogiczna rodzinę. Ale żaden system nie działa. Wychowanie cudzego dziecka w Polsce jest zadaniem nadludzkim. W innych mediach promuje się wioski dla dzieci i ideę tzw "domów dla dzieci". Rodziny zastępcze są na pozycji "reszty" i dla "reszty". Kolejne artykuły umieszczam poniżej.
Tymczasem Sejm Rzeczpospolitej ogłasza rok 2009 rokiem rodzicielstwa zastępczego a przedstawiciel rządu zapowiada, że do 2015 roku znikną domy dziecka, "że ( tu uwaga )zostaną przekształcone w 14-osobowe placówki (domy dla dzieci), dla dzieci powyżej 10 roku życia. Będą przeznaczone dla dzieci ( tu ponownie uwaga ), którym ciężko odnaleźć się w rodzinie zastępczej." Powiedzmy sobie szczerze, że 95 % dzieciom jest i będzie trudno odnaleźć się w rodzinach. Tyle, że jak się teraz nie odnajdą w rodzinach zastępczych, jest dalece prawdopodobne, że nie odnajdą się w rodzinach które kiedyś sami założą. Artykuł z 26 marca 2008 z Polska Dziennik Zachodni, zachowam w archwum. W 2015 roku zobaczymy co bedzie się działo z osieroconymi społecznie dziećmi, z domami dziecka i z rodzinami zastępczymi.
"W Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej powstaje nowa ustawa o systemie opieki zastępczej nad dzieckiem. Choć jeszcze niegotowa - są tylko jej założenia - szykuje prawdziwą rewolucję. Znikną domy dziecka. Do 2015 roku zostaną przekształcone w specjalistyczne, najwyżej 14-osobowe, placówki dla dzieci powyżej 10. roku życia. Będą przeznaczone tylko dla dzieci szczególnie trudnych, którym ciężko odnaleźć się w rodzinie zastępczej. Reszta ma wychowywać się w rodzinach zastępczych. - To będą takie domy dla dzieci - podkreśla Tomasz Polkowski, szef Towarzystwa "Nasz Dom", które było jednym z konsultantów społecznych nowego prawa. Ale to tylko początek zmian. Podstawą reformy ma być zmniejszenie liczby dzieci odbieranych rodzicom biologicznym. Przyklaskuje temu była minister polityki społecznej Joanna Kluzik-Rostkowska: - Według badań aż dwie trzecie dzieci do domów dziecka trafia z powodu błędów, lenistwa lub biurokracji - oburza się.
- By powstrzymać ten proces nowa ustawa wprowadza instytucję asystenta rodzinnego, który ma pomagać rodzinom zagrożonym odebraniem dzieci - tłumaczy dyrektor departamentu świadczeń rodzinnych w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej Alina Wiśniewska. Dzieci, które mimo to trzeba będzie odebrać rodzicom oraz sieroty biologiczne mają trafiać do wzmocnionych prawnie i finansowo rodzin zastępczych, których ma powstać znacznie więcej. - Im pomagać mają specjalni koordynatorzy, czyli wyłonieni przez organizacje pozarządowe przyjaciele rodzin, którzy nie tylko podpowiedzą jak rozwiązywać problemy wychowawcze, ale także jak się szkolić - opowiada Wiśniewska. Rodziny zastępcze dostaną też dodatkowe pieniądze na wychowywanie dzieci. Ministerstwo prace nad ustawą planuje zakończyć do końca czerwca.
zobacz więcej:
Artykuł z 26 marca 2008 z Polska Dziennik Zachodni "Państwowe domy dziecka do likwidacji"
Sylwia Czubkowska
żródło: http://slask.naszemiasto.pl/wydarzenia/833446.html
DOM PIERWSZY - PIERWSZA HISTORIA
Zlikwidowali ostatni rodzinny dom dziecka
Urzędnicy radomskiego starostwa wygrali. Głosami radnych PSL, PO i Samorządowego Klubu Prawicy przeforsowali uchwałę likwidującą jedyny w powiecie Rodzinny Dom Dziecka w Jedlni-Letnisku
Po burzliwej debacie radni powiatu zdecydowali o likwidacji jedynego w powiecie radomskim rodzinnego domu dziecka
Jednogłośnie za likwidacją domu wypowiedziała się wcześniej komisja edukacji. Na poniedziałkowej sesji jednak zawrzało. Niektórzy radni przeczytali artykuł w poniedziałkowej "Gazecie", w którym opisaliśmy, jak doszło do tego, że Agata Sochaczewska zrezygnowała z funkcji dyrektora rodzinnego domu dziecka, który wraz z mężem prowadziła we własnym domu od 2003 r.
- Dlaczego z "Gazety Wyborczej" musimy się dowiadywać o kulisach tej sprawy? One raczej źle świadczą o urzędnikach - mówił zdenerwowany Zbigniew Dziubasik (PiS). - Może nie trzeba tych dzieciaków rozrzucać. Widoczny jest konflikt między kierowniczką a Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie. Bylibyśmy niewidomi, gdybyśmy nie zareagowali na artykuł - wtórował mu Tadeusz Nowicki (SLD).
Jak pisaliśmy, rodzinny dom dziecka podlega Powiatowemu Centrum Pomocy Rodzinie, a jego dyrektorka jest pracownikiem samorządowym. Jeszcze w grudniu ub.r. dyrektor PCPR Artur Jonczyk wysłał do powiatu ocenę pełną pochwał, że dzieci "czują się dobrze, bezpiecznie, otoczone są staraniem i miłością". Przed świętami Agata Sochaczewska odmówiła przyjęcia do domu prawie 18-letniego chłopaka, który wcześniej groził samobójstwem. Dostała za to od Jonczyka naganę. Problem opisała na forum prowadzonej przez "Gazetę" akcji "Dzieciaki do domu". Jonczyk znów ją ukarał - za ujawnienie tajemnicy służbowej, której nie ujawniła. Potem były dwie nagany za lekceważący stosunek do przełożonego i wprowadzanie w błąd. Wszystkie nagany sąd uchylił, ale Sochaczewscy mają dość zmagań z urzędnikami.
Jonczyk wyjaśniał radnym, że chłopiec, którego Sochaczewska nie chciała przyjąć, nie sprawiał problemów. - Chodziło o to, by przyjąć go na święta, bo został sam. Znaleźliśmy mu ostatecznie opiekę w przeludnionej placówce. Obawy pani Sochaczewskiej były nieuzasadnione - dodał.
W podobnym tonie wypowiadał się wicestarosta Krzysztof Górak: - Z jednej strony są dzieci, ale z drugiej też dziecko. Czym ono jest gorsze od innych? Jakbyśmy pozwolili dyrektorowi decydować, które dziecko ma przyjąć, to byłby niebezpieczny precedens.
Radni opozycji uważali, że urzędnicy powinni pomóc Sochaczewskiej, a zachowali się jak biurokraci. Dziubasik pytał: - Dlaczego powiat nie stanął w obronie tego domu, gdy groziło komplikacjami przyjęcie tego wychowanka? Czy ktoś przekonywał panią Sochaczewską, by nie rezygnowała?
Starosta Tadeusz Osiński poinformował, że rozmawiał z Sochaczewską i proponował jej przekształcenie domu w zawodową rodzinę zastępczą. - Ale odmówiła, powiedziała, że jest zmęczona - dodał.
Także Jonczyk przekonywał radnych: - Lepszym rozwiązaniem dla powiatu jest zawodowa rodzina zastępcza. I dodał: - Może nie jest to najszczęśliwsze wydarzenie, ale powiat wyjdzie na tym lepiej.
Radni dowiedzieli się też od niego, jak to urzędnicy ułatwiali życie dyrektorce Sochaczewskiej. Ograniczyli np. jej wizyty do jednej w miesiącu. A ona zasypywała ich wtedy fakturami i trzech pracowników musiało się nimi zajmować. - A pani dyrektor nie poczuwała się, by iść nam na rękę, gdy prosiliśmy o przyjęcie tego chłopca - dodał Jonczyk.
- Pan przedstawił interes powiatu. Ja to podzielam, ale dziecka to nie interesuje - mówił radny Waldemar Trelka (PiS). A Górakowi odparował: - Pan się wypowiada z pozycji władzy. A jest jeszcze życie, słuchanie ludzi. Pan traci kontakt z rzeczywistością. Tu ziemia! - zawołał.
Radny Marek Janeczek (PiS) prosił o wycofanie projektu uchwały. - Powinniśmy zaprosić panią dyrektor. Nasza decyzja może zaważyć na innych domach dziecka, które mogą nie powstać - argumentował.
- Mamy ją namawiać, klękać na kolana, a potem nie będzie już słuchała żadnych poleceń - skwitował to starosta Osiński.
Radni koalicji najpierw odrzucili wniosek Nowickiego, by sprawę skierować ponownie do komisji edukacji, a potem 12 głosami za przy 10 przeciw zlikwidowali placówkę. Po tej decyzji Rodzinny Dom Dziecka w Jedlni-Letnisku przestanie istnieć z końcem roku szkolnego. Sześciorgu dzieci będzie trzeba znaleźć miejsce w innych placówkach.
Pozostaną cztery łóżka
Po Rodzinnym Domu Dziecka w Jedlni Letnisku pozostaną radomskiemu starostwu cztery łóżka. Dzieci się poprzenosi do innych placówek - miejsca są już ponoć zaklepane. 12 głosów "za" i problem rozwiązany. Trzech urzędników, którzy musieli ślęczeć raz w miesiącu nad fakturami Sochaczewskiej, może odetchnąć. Roboty będzie mniej.
Dyrektor Jonczyk też na pewno zadowolony - nikt go już nie będzie lekceważył i wprowadzał w błąd. To i nagan nie będzie musiał wlepiać a potem jeszcze bronić ich przed sądem i przegrywać. Dobre samopoczucie ma też zapewne starosta Osiński - nie ma potrzeby, by przed kimś klękał, prosił, namawiał.
A gdzie dzieci? Skoro trzeba znaleźć dla nich zastępczą opiekę, na pewno przeszły już swoje. Nie uronili nad nimi łzy urzędnicy starostwa, ale wczoraj w biurokratycznym podejściu, wcale nie gorsi byli i niektórzy radni. Marek Janeczek prosił: - Pochylmy się nad tą sprawą, by dom mógł dalej funkcjonować. Na próżno. I miał rację przestrzegając, że decyzja rady może zniweczyć starania o powstawanie podobnych placówek. Bo nikt nie dał wczoraj choćby sygnału, że urzędnicy są dla nas, ludzi a nie my dla nich. I że w starciu z biurokracją obywatel może wygrać.
Ostatni w powiecie radomskim rodzinny dom dziecka przestaje istnieć. Dyrektorka zrezygnowała po konflikcie z urzędnikami starostwa. Uważają, że taka forma opieki się nie sprawdziła.
- Akcji "Dzieciaki do domu" życzymy powodzenia. Ale z idealizmu, z którym wystartowaliśmy, nie zostało nic - mówi Agata Sochaczewska, dyrektorka Rodzinnego Domu Dziecka w Jedli Letnisko. Prowadziła go od 2003 r. W opiekę nad dziećmi zaangażowała swoich bliskich. Placówkę kilka razy oceniali urzędnicy ze starostwa powiatowego w Radomiu i sądu rodzinnego - zawsze bardzo dobrze. Do czasu - teraz w ciągu kilkunastu dni dostała cztery nagany.
Pierwszą, gdy Sochaczewska odmówiła przyjęcia prawie pełnoletniego chłopaka, który wcześniej groził samobójstwem. Uznała, że nie jest w stanie zapewnić mu bezpieczeństwa. Opiekowała się już szóstką powierzonych dzieci i dwójką własnych.
Urzędnicy przekonywali, że realizują postanowienie sądu rodzinnego. A dyrektorzy rodzinnych domów dziecka nie mogą decydować, kogo przyjąć, a kogo nie. Inaczej wybieraliby tylko dzieci, które nie sprawiają kłopotów. Sochaczewska opisała problem na forum "Gazety" poświęconym opiece zastępczej i wtedy dostała drugą naganę. Kolejne nagany były za lekceważący stosunek do przełożonych. Dyrektorka wszystkie zaskarżyła do sądu. Sprawy wygrała, ale ma już dosyć sporów z urzędnikami.
- Ta sytuacja zaczęła zagrażać mojej biologicznej rodzinie. Decyzja o rezygnacji z pracy, w którą włożyliśmy tyle serca, i rozstaniu z podopiecznymi była bardzo trudna, ale nie mogę narażać bliskich - mówi Agata Sochaczewska.
- Działaliśmy w zgodzie z przepisami - mówią zgodnie dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie Artur Jonczyk i starosta radomski Tadeusz Osiński.
Dzieci zostaną u Sochaczewskiej do końca roku szkolnego. Potem trafią do rodziny zastępczej lub placówki socjalizacyjnej.
Radni powiatu wczoraj przyjęli uchwałę o likwidacji Rodzinnego Domu Dziecka w Jedlni Letnisko. To ostatnia taka placówka w powiecie. Pół roku temu zlikwidowano inny rodzinny dom dziecka, gdy prokuratura przedstawiła jego dyrektorowi zarzuty molestowania seksualnego podopiecznych. Mężczyzna został już nieprawomocnie skazany.
Według Artura Jonczyka likwidacja obu domów to nie porażka urzędników, tylko tej formy opieki zastępczej. Dlatego starostwo nie zamierza powoływać kolejnych rodzinnych domów dziecka.
- Będziemy za to tworzyć zawodowe rodziny zastępcze. W tej chwili mamy trzy. Jeżeli zabraknie w nich miejsc dla następnych dzieci, będziemy odsyłać je poza powiat - mówi starosta Osiński.
Zródło: Gazeta Wyborcza/Radom
Magdalena Ciepielak*****
DOM DRUGI - DRUGA HISTORIA
Płacz o Poranku
W jednym dniu został zboczeńcem; pedofilem, wściekłym zwierzakiem, którego powinno trzymać się w klatce. Zawalił mu się na głowę cały świat, bo poklepał po brzuszku.
Pan Władysław przeciera oczy, gdy chyba po raz setny czyta niepozorną kartkę papieru, opieczętowaną wielkimi, czerwonymi pieczęciami. Kartkę, która tak po prostu, bez ogródek, w jednym dniu zrujnowała mu życie, reputację, uczyniła niebezpiecznym zboczeńcem, ciemnym bohaterem kryminalnej kroniki. - Pewnie gdybym był rodowitym góralem, takim honornym, to już dawno zawisłbym na belce. Ale ja jestem inaczej wychowany. W domu rodzinnym mnie nauczyli, że zawsze jest jakieś wyjście - zaznacza sześćdziesięciolatek o aparycji dobrego wujka.
"To straszne pismo" nakazuje Władysławowowi i jego żonie Mieczysławie "natychmiastowe" wydanie pracownikom Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie wszystkich jedenastu ich przybranych dzieci. Uzasadnienie pisma brzmi jeszcze bardziej upiornie: "Sąd ustalił, że Władysław, pełniący wraz z żoną funkcję rodzinnego domu dziecka, ma niewłaściwe zachowania w stosunku do przebywających tam niektórych małoletnich. (...) prawdopodobnie zachowania te mają charakter molestowania seksualnego. Sprawa wymaga dodatkowego zbadania w sensie ustalenia czy, i w jakim stopniu, zachowania te miały miejsce, aczkolwiek prawdopodobieństwo tych zachowań jest duże i w związku z tym dobro dzieci wymaga natychmiastowego odizolowania ich od osoby Władysława."
- Przez ten dom przewinęło się półtora tysiąca dzieci. Przez dziesięć lat prowadziliśmy w "Poranku" kolonie. Żadne nigdy się nie poskarżyło. Aż tu nagle wystarczyła ta jedna straszliwa potwarz... - Władysław przez chwilę błądzi wzrokiem po ścianie.
***
Prowadzenie placówki opiekuńczej już dawno przestało się opłacać, ale przecież dzieci nie wychowuje się dla pieniędzy. Dlatego państwo P. z pokorą przyjmowali kolejne zapowiedzi cięć finansowych. - Prowadzenie tego domu to była nasza pasja - potakują zgodnie małżonkowie z Rabki. Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie skrupulatnie tę pasję wykorzystywało. Gdy tylko pojawiły się problemy, jakieś dziecko wymagało natychmiastowej pomocy - urzędnicy jak w dym walili do Władysława i Mieczysławy.
Trzy lata temu, po kolejnych biurokratycznych zawirowaniach, należący do rodziny P. niewielki pensjonat "Poranek" - wcześniej dumnie określany Rodzinnym Domem Dziecka - został zdegradowany do siedziby Zawodowej Rodziny Zastępczej. Przepisy przewidują, że w tego rodzaju placówce może przebywać maksymalnie sześciu wychowanków. W "Poranku" mieszkało ich dziewięcioro. Jednak, gdy w ubiegłym roku PCPR poprosiło, by Władysław przyjął pod swój dach kolejną trójkę dzieci - ten nie odmówił.
- Wezwali nas na rozmowę i powiedzieli: "Jeśli wy nie przyjmiecie tych trzech nastolatek - wylądują w państwowym molochu, gdzie na pewno nie będą szczęśliwe. Co mieliśmy zrobić? - pyta retorycznie Władysław. - Porozumiewawczo stuknęliśmy się z żoną pod stołem kolanami i już byliśmy zdecydowani, że poradzimy sobie i z jedenastką. Niestety, to była najbardziej tragiczna decyzja w moim życiu - mówi.
Początkowo współpraca opiekunów i trójki nowych dzieciaków układała się bardzo dobrze. Najstarsza, dorastająca Ewelina trzymała swoje siostry silną ręką. Problemy zaczęły się, gdy dziewczyna skończyła osiemnaście lat i poszła na swoje. Dwie pozostałe w Poranku siostry zrobiły się krnąbrne, nie chciały uczestniczyć w pracach domowych, opuściły się w nauce. Na dodatek piętnastoletnia Paulina przeżywała pierwsze zawody miłosne.
- Chodziła jak struta, jakby się świat zawalił. Niepokoiliśmy się o nią. Zapytałem, o co chodzi? Odpowiedziała, że znowu rzucił ją chłopak. Pocieszałem, jak mogłem. Tłumaczyłem, że jest ładna, że bez problemu znajdzie sobie kogoś innego. Pogłaskałem po głowie, przytuliłem. Kiedyś leżała taka struta na huśtawce przed domem, z wypiętym do słońca gołym brzuchem. Dzieci bawiły się obok, byliśmy przed domem z żoną. Mówię: Ewelina zejdź ze słońca, bo cię przypiecze i poklepałem ją po brzuchu. Później dowiedziałem się, że to był zły dotyk - Władysław po raz kolejny chwyta się za głowę.
Na początku czerwca do drzwi "Poranka" zastukał kurator sądowy. Mieczysławę zdziwiła ta wizyta. Urzędnik rozmawiał z dzieciakami. Na końcu zawołał do siebie opiekunów. Bez ogródek wywalił, o co chodzi. Władysław molestował seksualnie Paulinę. Dziewczynka skarżyła się pedagogowi szkolnemu, a ten dał znać do sądu. Kontrola przedstawicieli PCPR, która wpadła parę dni później, była jeszcze mniej subtelna. - Przez trzy godziny przesłuchiwali dzieci jak prokuratorzy. Na koniec nawrzeszczeli na nas i zabronili opuszczać dom - wspomina pani Mieczysława. - A właśnie w poniedziałek mieliśmy z dzieciakami jechać na wakacje do Łeby - dodaje.
- Laurki przyszły wczoraj. W sam raz w Dzień Ojca - pan Władysław jeszcze raz sięga po sądowe postanowienia. - A dzisiaj pani dyrektor PCPR wręczyła nam w drzwiach decyzję o rozwiązaniu naszej rodziny zastępczej. Myślą, że dzieci to śmieci, które można załadować do kontenera i wywieźć w siną dal... urzędasy - krzywi się z niesmakiem.
- Niedawno byliśmy na pielgrzymce w Licheniu. Dzieci pytały: ciociu, o co się tak mocno modlisz? Odpowiedziałam, że o to, żeby Pan Bóg dał mi siłę, żebym mogła was wszystkich wychować. Nie wiem, co takiego zrobiłam, że Matka Boska mnie nie wysłuchała - zastanawia się Mieczysława.
***
Niewielki pokoik, kolorowe mebelki, dwa stoliki otoczone dziećmi. Przy pierwszym trójka nastolatek. Kryją twarze, chichoczą, osłaniając się rękami. Przy drugim stoliku reszta dzieci. Są zdezorientowane, wciąż wierzą, że zaraz wyjadą na wczasy, jednak wcale się nie cieszą. Przeczuwają, że dzieje się coś złego.
Ania, najstarsza mieszkanka "Poranka", blondynka o delikatnych rysach, popłakuje ukradkiem. - Jak się teraz czujecie? Co się właściwie stało? - pytanie rzucone w kierunku dziewczyn przy pierwszym stoliku pozostaje bez odpowiedzi. - Nie będziemy odpowiadać na żadne pytania - po raz kolejny pada ta sama odpowiedź. Drugi stolik jest bardziej rozmowny. - Nie wiemy, co się stało. Proszę o to raczej je zapytać - Ania wskazuje na dziewczyny kryjące oblicza. - Ja nie wiem, o co chodzi. Dla nas wujek był jak ojciec. Traktował nas, jak własne dzieci - zaznacza łamiącym się głosem. - Tata nas kocha i mama też - włączają się do dyskusji maluchy.
***
Całą ostatnią noc małżonkowie P. zastanawiali się, co właściwie powinni zrobić. Nie ma dobrego rozwiązania: jeśli stulą uszy, wszyscy będą ich uważać za winnych. Jeśli rozpoczną walkę - i tak przegrają. Postanowili nie stosować się do urzędniczych sugestii, żeby wszystko obeszło się bez rozgłosu, po cichu. Gdy rano pod dom podjechały wozy z PCPR, panu Władysławowi puściły nerwy. Gdy urzędnicy pakowali dzieciaki do samochodów, zaczął krzyczeć. - Jesteście bezduszni. Co wy wiecie o wychowaniu dzieci? Wynoście się stąd, byle szybko...
Pani Mieczysława nie mogła od siebie odkleić tulących się maluchów. - Co z nimi będzie? Julka ma ADHD. Wystarczyło, że na jeden dzień wyjeżdżałam z domu, i już dostawała wysokiej gorączki - tak przeżywała rozstanie. A Anetka? Dziś miała być u logopedy. Ciężko się z nią napracowaliśmy. Jest opóźniona społecznie, dopiero w siódmym roku życia zaczęła mówić. Ania... ciężko jej w szkole szło, ale była taka pracowita, że dostała się do liceum. Ale teraz to już chyba nieważne...
***
- Co będzie teraz? A jak pan myśli? Przecież z takich zarzutów nie można się oczyścić. Nie pomoże nawet wygrana w sądzie, choć, oczywiście, będziemy się odwoływać. Dzieci już do nas nie wrócą, co do tego nie mam wątpliwości. A ludzie i tak będą na mnie patrzeć jak na zboczeńca, pedofila. Pozostaje już tylko sprzedać "Poranek", oczyścić konto z oszczędności i stąd uciekać - byle dalej. Może w rodzinne strony, gdzie mnie ludzie lepiej znają i szanują - zaznacza Pan Władysław, mimowolnie omiatając wzrokiem wnętrze pustego pokoju. - Za parę tygodni dam ogłoszenie w biurze nieruchomości. Sprzedam dom nawet po zaniżonej cenie.
***
Powiatowe Centrum Rodzinie bardzo oszczędnie komentuje decyzję o zabraniu dzieci z "Poranka". - Rozporządzenia i ustawy zobowiązują nas do wypełniania postanowień sądowych. Tak samo stało się tym razem. Wykonaliśmy dokładnie to, co nam nakazał sąd rodzinny - przekonuje Aneta Wójcik. Na komentowanie zarzutów stawianych panu Władysławowi szefowa Centrum nie daje się namówić. Zaznacza, że sprawę domniemanego molestowania ujawnił szkolny pedagog, on też - z pominięciem PCPR - zwrócił się do sądu. Centrum tylko przeprowadziło rozmowy z dziećmi oraz opiekunami i przygotowało raport. Dokument przedstawiony sądowi był tylko relacją, nie zawierał żadnych wniosków.
Dyrektor Wójcik przyznaje, że dotychczasowa, ośmioletnia współpraca z rabczańską rodziną zastępczą układała się poprawnie. Dodaje, że małżonkowie - jeśli czują się pokrzywdzeni - mogą się od postanowienia sądu odwołać.
Marek Kalinowski
żródło: tygodnikpodhalanski.pl , 2008-06-27