Są bogate, bo mają rodzinę...



Przedruk: Gazeta Ewangelicka 5/2001 s.17-19

Rodzina inna niż wszystkie

Stanowią rodzinę zastępczą. Zwyczajowo do takiej rodziny przyjmuje się trójkę dzieci. Oni mają piątkę - dlatego, że zdecydowali się wziąć rodzeństwo: Marcina, Paulę, Sebastiana, Kasię i Michała.

W przypadku Pawła cała sprawa zaczęła się jakieś 5 lat temu, kiedy to przez Internet poznał Andrzeja - rodzica zastępczego, który założył Chrześcijańskie Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom "Misja Nadziei" w Dąbrowie Górniczej. Przez dwa lata Paweł przysłuchiwał się jego radościom i troskom związanym z wychowaniem dzieci. W umyśle Pawła zaczęła pojawiać się myśl: "Czy ja też bym nie mógł?". Potem oboje z Olą spotkali się z Andrzejem na cyklu jego wykładów. Od tego momentu w Pawle rosło przekonanie, że jest w stanie to zrobić i że musi spróbować.

W zupełnie inny sposób dojrzewała do tej decyzji Ola. Jej mama zmarła, kiedy Ola miała kilka lat. Wtedy to została sama z siostrą, którą musiała się opiekować. Potem opiekowała się także innymi dziećmi. Dla Oli zawsze oczywiste było to, że ma szczególnie osobisty kontakt z dziećmi, że lubi z nimi pracować i że umie to robić. Dlatego pod tym kątem wybrała szkołę i studia. W międzyczasie na jednej z konferencji młodzieżowych dopiero kiełkował pomysł rodzicielstwa zastępczego w Polsce, a w dziewiętnastoletniej Oli rodziło się przekonanie, że jest to możliwe i że jeżeli Pan Bóg da, to chciałaby coś takiego robić.

"Panie Boże, my nie wiemy, jak to chcesz, ale jeżeli Ty chcesz, to wszystko jest możliwe."

Zbliżał się nowy rok, a Ola i Paweł zastanawiali się nad tym, co oni - absolwenci wyższych uczelni a teraz studenci Szkoły Biblijnej - mogą robić w swoim życiu. Wiedzieli, że chcą wykorzystać talenty i dary, które Bóg im dał, że chcą robić coś dla Pana Boga, nie tylko dla siebie. Myśleli między innymi nad tym, aby przyjąć do swojej rodziny dziecko. Widzieli przed sobą trudności takie jak np. brak własnego mieszkania, ale w zaufaniu modlili się: "Panie Boże, my nie wiemy, jak to chcesz, ale jeżeli Ty chcesz, to wszystko jest możliwe". Jakieś półtora miesiąca później, a była to druga połowa lutego, usłyszeli przez znajomych, że w pogotowiu opiekuńczym jest piątka dzieci - w bardzo ciężkiej sytuacji, bo właściwie nie ma dla nich powrotu do rodziców naturalnych. Alternatywą było umieszczenie ich w wiosce dziecięcej w Siedlcach. Oli i Pawłowi nie za bardzo spodobał się ten pomysł, więc zainteresowali się sprawą. Ku ich dużemu zdziwieniu, nabrała ona bardzo szybkiego tempa i… była odpowiedzią na ich modlitwy. Okazało się, że problemy mieszkaniowe, problemy finansowe, problemy, problemy… , które jawiły się przed ich oczami, dla Pana Boga nie istnieją.

"Było to szczególne Boże błogosławieństwo."

Po raz pierwszy spotkali się z dziećmi już końcem kwietnia w Pogotowiu Opiekuńczym w Bielsku. Byli dla nich dwojgiem zupełnie obcych ludzi, co ze strony najstarszego chłopca wywołało duży bunt. Ola jednak cierpliwie i łagodnie tłumaczyła: "Marcin, jak chcesz, to do nas przyjdziesz. Wiesz, gdzie jesteśmy. Ja cię zmuszała nie będę.". Marcin przychodził ale tylko na 10 minut. Siedział z założonymi rękami, wpatrzony w podłogę lub sufit, następnie odchodził, nie powiedziawszy ani jednego słowa. Przełom w ich relacjach nastąpił dopiero 1 czerwca, w Dzień Dziecka. Założyli sprawę w sądzie o zostanie rodzicami zastępczymi. Pierwsza rozprawa odbyła się bardzo szybko jak na dwu i pół miesięczną znajomość z dziećmi, bo początkiem lipca. Na tej rozprawie zdecydowano, że zostaną rodzicami zastępczymi warunkowo, na okres próbny.

Zupełnie osobnym torem biegły poszukiwania domu. Włączył się w nie biskup diecezji cieszyńskiej ks. Paweł Anweiler i życzliwi im ludzie. Dom, który wybrali, był tani, w dobrym stanie i wystarczająco duży. Pomimo tego, że pani sędzina wiedziała, że Ola i Paweł uczą się jeszcze w Szkole Biblijnej, że w Opolu, gdzie wcześniej studiowali i pracowali, spalili za sobą wszystkie mosty, dała zgodę na rodzicielstwo zastępcze. "Było to szczególne Boże błogosławieństwo" - mówi Ola. Zaraz po Tygodniu Ewangelizacyjnym zaczęli się przeprowadzać do nowo kupionego domu w Dzięgielowie. Na początku sierpnia wraz z dziećmi wzięli udział we wczasy dla rodzin w Istebnej. Po nich przeszli szkolenie dla rodziców zastępczych koło Poznania. Było to możliwe m.in. dzięki wypożyczonemu z Centrum Misji i Ewangelizacji busowi, pożyczonym od znajomych i sąsiadów fotelikom dla dzieci oraz sponsoringowi Kościoła. Ten wspólnie spędzony czas pozwolił dzieciom w miarę bezboleśnie przyzwyczaić się do nowej rodziny.

"Dziękuję Ci Boże za to, że możemy być u cioci i wujka. Dziękuję Ci za ten dom".

Początki mieszkania pod wspólnym dachem były trudne ze względu m.in. na ich biologiczne dziecko - Adasia, który we wrześniu skończyło dopiero rok i Ola ciągle go karmiła. Pozostałe dzieci trzeba było przygotowywać do wyjścia: ubierać, pakować, no i odprowadzać do szkoły czy przedszkola. Teraz robią to same. Ciągle pozostaje jeszcze cały szereg zajęć związanych z prowadzeniem domu, no i pranie, które zdarza się u państwa Gołuszko nawet trzy razy dziennie. Trzeba także z dziećmi odrabiać lekcje. Trwa to średnio trzy godziny i to nie ze względu na zadaną ilość ale na problemy dzieci np. z przyswojeniem sobie literek, zrozumieniem polecenia, ortografią, wynikające z dużych zaległości w nauce. Na początku każde przyjście ze szkoły zaczynało się płaczem "Bo ja tego nie potrafię i tego nie zrobię". Trzeba więc było tłumaczyć każdemu z osobna, że jednak potrafi, że na pewno mu to pięknie wyjdzie i tak trzy linijki literek powstawały w ciągu 1 godziny.

Ciociu, wujku...

Dzieci same zaczęły nazywać Pawła i Olę: wujkiem i ciocią. Oni zaś to zaakceptowali. Dziwne jest natomiast to, że Sebastian w szkole mówi o Oli mama: "Mama ugotowała dzisiaj…". Nauczyciele i uczniowie w szkole traktują dzieci tak samo jak pozostałe. W domu Gołuszków nie ogląda się telewizji, dzięki czemu mają naprawdę bardzo dużo czasu dla dzieci. Ola z Pawłem nie chcą zmuszać dzieci do czegokolwiek. Na początku sami modlili się przed posiłkami, ale nie minął długi okres, kiedy dzieci też chciały to robić. Uświadamiają im, że nie zawsze będą w stanie im pomóc, ale jest Bóg - który sobie ze wszystkim poradzi. Nie chcą im Go jednak narzucać. W ich domu zupełnie naturalnie się o Nim rozmawia. Bardzo często to dzieci zadają pytania, jak to: "Czy jak pada deszcz, to znaczy, że Pan Bóg płacze?".

Był czas, kiedy Ola i Paweł mieli co tydzień urodziny. Dzieci dawały im laurki, prezenty, śpiewały sto lat. Oboje śmieją się, że w tym tempie bardzo szybko by się zestarzeli. Bardzo miłymi chwilami są te, kiedy przy kolacji któreś z dzieci modli się i dziękuje za Olę i Pawła. Są to chwile, na które warto czekać. Dzieciom ciężko jest powiedzieć: "Kocham cię". Przychodzą więc, aby się poprzytulać. Widać, że chcą porozmawiać, ale trudno jest im się przełamać. Z kolei Ola i Pawłem mają wewnętrzne przekonanie, że nie mogą ingerować w przeszłość dzieci: "Jedyne, co możemy zrobić dla dzieci, to nauczyć je wybaczyć to, co się kiedyś w ich życiu wydarzyło - i sobie i bliskim."

Finansowo bardzo pomogła im Diakonia Kościoła.

Mając szóstkę dzieci, Ola jest osobą bezrobotną z gotowością do podjęcia pracy. De facto pracuje na cały etat w domu, jednak istniejące przepisy tego nie uznają. Oczywiście na rozmowach z pracodawcami nie może ukrywać swojej sytuacji rodzinnej, co nie ułatwia jej znalezienia pracy. Pomimo tego, że posiadają wyższe wykształcenie: Ola - nauczanie początkowe, Paweł - informatyk, oboje nie mogą znaleźć pracy. środki, które dostają na dzieci, wystarczają na zaspokojenie ich bieżących potrzeb. Ciężko jest im jednak odłożyć na coś większego. Kilkoro z ich dzieci jest pod opieką lekarzy specjalistów w Bielsku, co wiąże się z dużymi wydatkami. Finansowo bardzo pomogła im Diakonia Kościoła, która kupiła dom, w którym teraz mieszkają. Pokryła także wymianę bojlera i przeróbkę ogrzewania. Drobniejsze remonty robią sami. Powoli wyposażają dom w niezbędne urządzenia i sprzęty, bo wprowadzali się przecież do pustych ścian. Wiele rzeczy zostało im pożyczonych, np. na początku z CME materace i 20 krzeseł. Potem dostali od ludzi używane łóżka, biurka, meblościankę i wiele innych przydatnych rzeczy.

"Chcemy nauczyć nasze dzieci tego, że są bogate, bo mają rodzinę."

Są niesamowicie wdzięczni za te dary, ale trochę trudno jest im je przyjmować. Zostali wychowani tak, aby umieć radzić sobie w życiu samemu. Pomimo że wiele rzeczy jest im potrzebne, czują się skrępowani, kiedy je dostają. Nie chcą też, aby ich dzieci myślały, że coś się im należy, bo są biedne. "Chcemy nauczyć nasze dzieci tego, że są bogate, bo mają rodzinę". Tłumaczą im, że na tym świecie za darmo jest tylko zbawienie, wszystko inne jest za pieniądze.

Ola z Pawłem muszą reagować na zaistniałe sytuacje w konkretny sposób, a później trzymać się tej raz obranej drogi. Jeżeli określą zdarzenie danym słowem, to jest ono wiążące i dla dzieci będzie miało właśnie takie znaczenie. Oczywiście uczą dzieci tego, że ciocia i wujek też się mogą pomylić, że coś może im nie wyjść, bo jak każdy człowiek popełniają błędy. Dzieci oczekują jednak konsekwencji w postępowaniu rodziców, chcą widzieć w nich autorytety. "Coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że muszę być dobrym ojcem. Dla mnie osobiście jest to niezła szkoła od Pana Boga. Wiele razy zdarzało mi się zauważać, że dzieci naśladują moje zachowanie. To mi uświadomiło, jaka ciąży na nas odpowiedzialność. Z jednej strony jest to miłe, z drugiej jednak musimy się po prostu pilnować, żeby nie zawieść ich zaufania" - mówi Paweł. To, jak Ola i jej mąż odnoszą się do siebie, jaką "wewnętrzną rodzinę" stanowią z Adasiem, dzieci będą przekładały w przyszłości na swoje relacje z ludźmi.

Jedną z najważniejszych rzeczy, o których Ola i Paweł muszą pamiętać, to to, żeby żyć w prawdzie przez cały czas. Nie wolno im okłamywać dzieci, ani też nikogo innego. Paweł nie może np. poprosić żony, aby powiedziała przez telefon, że go nie ma, kiedy akurat jest, bo dzieci to zauważą. Zauważą, że jest to kłamstwo. Momentalnie padają z ich strony pytania sprawdzające: "A dlaczego tak powiedziałeś?". Dzieci także konfrontują Olę z Pawłem: "Ciociu, a wujek powiedział coś innego". "Bardzo często, gdy dzieci się mnie o coś pytają, odpowiadam im, że muszę porozmawiać z wujkiem, aby uzgodnić stanowisko" - przyznaje Ola. Z tego biorą się potem śmieszne sytuacje jak ta, kiedy miała pójść do fryzjera, a któreś z dzieci zauważyło "Przecież ty się, ciociu, musisz wujka zapytać!".

"Nie chcemy być ogrodem zoologicznym. Jesteśmy przede wszystkim rodziną".

Zdarzało się, że ludzie przychodzili do ich domu po prostu sobie popatrzeć, albo aby zrobić przesłuchanie. Bardzo cenne jest dla nich to, co znaleźli w Dzięgielowie - grupa małżeństw, które chcą być z nimi i pomagać, rozumieją i akceptują ich decyzję. Jest to coś, bez czego by sobie nie poradzili. Grupa wsparcia w przypadku rodziny zastępczej jest niezastąpiona, to sprawa sukcesu. "Takich przyjaciół nie da się kupić za żadne pieniądze" - podkreśla Paweł.

"No tak, piątka dzieci, nasze szóste. Tak, to jest problem. Zgadza się, ale wierzymy, że uda nam się, tak po prostu. Nie będzie łatwo, ale z Bożą pomocą nam się uda."

Wysłuchała i opisała Monika Żwak

Przedruk: Gazeta Ewangelicka 5/2001 s.17-19

Poprzedni Home Następny