Słowo o Kieleckiej
Dopełniło się:
Dom Dziecka nr 3 przy ul. Kieleckiej we Wrocławiu został rozwiązany.
Stało się tak mimo licznych protestów ze strony dzieci, wychowawców tam pracujących, lokalnych polityków i wielu osób postronnych, właściwie z Domem Dziecka w żaden sposób nie związanych.
Dom rozwiązano, ale szum wokół całej tej sprawy pozostał w "eterze" i jak mogłem się ostatnio przekonać, w szumie tym pełno jest niejasności, niedomówień czy po prostu zwykłych kłamstw.
Uważam, że Dom Dziecka na Kieleckiej należało rozwiązać, tak jak należy rozwiązać lub przekształcać inne Domy Dziecka, gdyż bazując na doktrynie wychowawczej z minionej epoki, mimo zaangażowania personelu i ogromnych nakładów finansowych, z samego założenia, systemowo są niezdolne do zaspokajania potrzeb rozwojowych dzieci, które w nich przebywają Zgodnie z Konwencją Praw Dziecka, Kartą Praw podstawowych Unii Europejskiej i innymi aktami normatywnymi każde dziecko ma prawo do wychowania się w rodzinie, w środowisku, w którym kontaktuje się z rodzicami i doznaje osobistych doświadczeń bliskości i stałości kontaktów z osobami dorosłymi. Po to, aby móc w przyszłości normalnie funkcjonować i mieć szanse na realizowanie się w życiu rodzinnym dziecko musi w postępującym procesie utrwalić i uzewnętrznić sobie wartości, normy, schematy działania, taktyki radzenia sobie z problemami itp. Realizowanie tego procesu w warunkach Domu Dziecka (ze względu na błąd w systemie ich funkcjonowania), nie jest możliwe. Poza tym podstawowym faktem za rozwiązaniem należy dodać jeszcze, że Dom Dziecka na Kieleckiej nie cieszył się dobrą renomą; komisje rekwalifikacyjne, jeżeli tylko dysponowały wolnymi miejscami, chętniej kierowały dzieci do innych Domów Dziecka.
Otwartym pytaniem pozostaje jednak, czy Dom na Kieleckiej należało rozwiązać w taki sposób jak tego dokonano? Podobnie jak przed kilku laty w Sułowie tak i w tym przypadku dzieci stały się ofiarami sporu, obiektem manipulacji walczących ze sobą stron: personelu i Zarządu Miasta (reprezentowanego głównie przez dyrekcję MOPS).
One też zapłaciły też najwyższą cenę niepewności, lęku o swoją przyszłość i wyrwania z kontekstu społecznego, w którym już nauczyły się żyć i nawiązały niepowtarzalne relacje. Obie strony sporu wyraźnie pokazały, że tak naprawdę to nikomu nie chodzi o dobro dziecka, jedni walczyli o miejsca pracy a drudzy o to, żeby zrealizować swoje założenia bez względu społeczne koszta tego przedsięwzięcia, bardzo podmiotowo traktując powierzone im dobro w postaci żywego człowieka. Jedna i druga strona nie przebierała w środkach, obrzucając się nawzajem błotem i używając wszelkich możliwych i niemożliwych instrumentów w tej grze. Wolę nie myśleć, jakich zniszczeń w psychice młodych ludzi dokonała ta "wojna" dorosłych, w którą zostali przypadkowo wplątani; jedno jest pewne, że przedstawione sposoby załatwiania spraw nie są wzorcami godnymi naśladowania (a młodzi ludzie uczą się głównie przez naśladowanie dorosłych).
A przecież można było inaczej: tym dzieciom, które wyrażały chęć przejścia do Rodzinnych Domów Dziecka czy rodzin zastępczych należało to umożliwić, bo rzeczywiście była grupka dzieci, które bardzo tęskniły za życiem w rodzinie, dla których rodzina była wymarzonym, utraconym rajem. Pozostałym dzieciom można było pozwolić pozostać w Domu Dziecka nr 3 aż do usamodzielnienia, nie przyjmować nowych dzieci w ten sposób Dom "wygasłby" samoczynnie w ciągu najbliższych 3-4 lat. Zabrakło jednak spojrzenia na problem od strony dziecka, zawiodły również instytucje, osoby i organizacje, które zgodnie ze swoim powołaniem powinny bronić praw dzieci do podmiotowego traktowania. Pozostaje jednak nadzieja, że dziennikarze z taką samą zapalczywością jak rozwiązaniem Domu będą interesować się dalszym losem dzieci z Kieleckiej i swymi relacjami wymuszą realizację wszystkich obietnic składanych dzieciom przez (pozornych!) zwycięzców tego sporu.
Artur Kowalik