Anna i Andrzej Olszewscy z Dąbrowy Górniczej wychowują czwórkę dzieci. Tylko najstarsza córka jest ich dzieckiem "biologicznym": dla pozostałej trójki tworzą rodzinę zastępczą. W 1997 r. zarejestrowali Chrześcijańskie Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom "Misja Nadziei". Niedawno w gościnnym kościele baptystów spotkali się z koszalinianami zainteresowanymi sprawami rodzicielstwa zastępczego.
Rzecz jak najbardziej "na czasie" ustawa, która weszła w życie pod koniec marca, propaguje bowiem tworzenie rodzin zastępczych na szerszą niż dotychczas skalę. Dotąd rodziną zastępczą sąd ustanawiał zwykle krewnych dziecka; jeżeli ich nie było, maluch lądował najczęściej w sierocińcu. Nowa ustawa ma zachęcić Polaków do tworzenia rodzin "zawodowych", które niekoniecznie staną się dla dzieci docelową przystanią; często będą tylko przystankiem w drodze powrotnej do naturalnej rodziny.
Ostatnie spotkanie nie zgromadziło zbyt wielu uczestników, a szkoda - ogólnikowe informacje prasowe i telewizyjne na temat "nowych" rodzin zastępczych mogą wiele osób skusić pozorną atrakcyjnością (finansową i duchową) oferty. Goście z Dąbrowy Górniczej i dwie koszalińskie mamy zastępcze nie ukrywały tymczasem, że budowanie porozumienia z nowym domownikiem, małym, ale już naznaczonym przez niełatwy los bywa trudne. Radość z posiadania spokojnej przystani nie zniweluje (nie od razu przynajmniej) złych wspomnień. Budowanie wspólnej rodziny wymaga wysiłku zarówno ze strony rodziców, jaki i dzieci: tych, które już w niej są i tych, które właśnie do niej wchodzą. W "polskim piekiełku" trzeba być jeszcze przygotowanym na wszystkowiedzących nauczycieli (których nikt nigdy nie uczył, jak pracować z dziećmi tak zwanymi trudnymi) i "życzliwych" sąsiadów (którym solą w oku są i dzieci "niewiadomego pochodzenia", i opiekunowie wychowujący je "za pieniądze").
"Misja Nadziei" skupia obecnie blisko trzydzieści rodzin z całej Polski; ma też sympatyków, którzy propagują w swoich środowiskach ideę tworzenia rodzin zastępczych. Jest stowarzyszeniem ekumenicznym jak zaznacza Andrzej Olszewski, przymiotnik "chrześcijańskie" jest odwołaniem się do wartości, które winny być wspólne społeczeństwu w znakomitej większości mieniącemu się katolickim.
Pomoc ta w przypadku rodzin zastępczych nie oznacza tylko otoczenia opieką dzieci, ale także ich naturalnych rodzin, często bynajmniej nie zdemoralizowanych, ale niezaradnych i zwyczajnie biednych. Zdaniem dąbrowskiego małżeństwa w ich "postgórniczych" stronach masowa likwidacja miejsc pracy (zamykanie kopalń) spowodowała gwałtowny wzrost liczby takich rodzin a mieszkańcy "postpegeerowskiego" Pomorza podobne obserwacje mogliby poczynić w "swoich" wsiach.
Jeżeli dziecko wybaczy swoimi rodzicom, to znaczy, że jego opiekunowie odnieśli,sukces - tak oto Anna Olszewska rozumie misję zastępczego rodzicielstwa. Poparli ją dyrektor koszalińskiego Ośrodka Adopcyjne Opiekuńczego. Maria Czubaj, która uczestniczyła w spotkaniu wraz z Marią Kosińską, psychologiem w tej placówce. - Wspieramy matkę i nigdy nie odbieramy jej nadziei, że w przyszłości będzie mogła wychowywać swoje dziecko zapewniła. Bycie rodzicem zastępczym jest więc ciężką pracą: ale nie dlatego, że dostaje się za nią pieniądze (nie takie znowu wielkie. jak niektórzy wyliczają). To praca, której celem jest prostowanie, wespół z dzieckiem, jego pokręconej życiowej ścieżki tak, aby pamiętało, skąd wyruszyło, ale też, by widziało przed sobą cel i mogło zmierzać ku niemu nie po wertepach, lecz wygodnym, szerokim traktem. (mus)
Głos Pomorza
piątek 14 kwietnia 2000 r.