Obywatele: bierzcie przykład!
Od niedawna wiceprezydent Olsztyna miał dwójkę dzieci: 19-letnią córkę i 24-letniego syna. Kilka tygodni temu przybyło mu jeszcze czworo!
Najmłodszy jest 3-letni Adaś. Rosły mężczyzna w czerwonym dresie podrzuca do góry rozchichotanego malca, a potem sadza na ramionach. Chłopczyk łapie go za głowę, przytula. Twarz mężczyzny pokrywa się smugami kolorowej plasteliny i resztkami słodkiej śmietanki, którą Adaś miał na tłustych paluszkach.
Dzwoni telefon, Adaś frunie na kanapę, a mężczyzna biegnie na górę. po chwili wraca. Odświeżony, w czarnym garniturze, białej koszuli i pod krawatem - już nie szalony wujek, a poważny wiceprezydent Olsztyna, pan Zbigniew Karpowicz.
- W wolnych od pracy chwilach jestem też kierowcą i zaopatrzeniowcem - wzdycha 47-letni wiceprezydent. _ Próbuję być i gosposią, ale póki co cały ciężar prowadzenia naszego domu, od kilku tygodni rodzinnego domu dziecka, spada na Ewę, moją żonę. Ona tu dyrektoruje - uśmiecha się do szczupłej brunetki, która zdejmuje z patelni kolejną porcję placków ziemniaczanych i rozkłada na talerze.
A gdzie idę?
O przeszłości dzieci, którymi się opiekują, pani Ewa wie niewiele. Nie chce wypytywać, żeby wspomnienia nie wracały i nie bolały. - Za jakiś czas same powiedzą albo zapytają - spodziewa się. - Jak Krystian(6), który kilka razy sprawdzał: Ciocia, a wy pijecie wino i wódkę? Jak Krzyś(5), który bał sie o cokolwiek poprosić. Rodzeństwo Krystian i Patrycja (4) pierwszy tydzień przespało wczepione w siebie, żeby we śnie nikt ich nie rozdzielił. Krzyś bał się wypakować rzeczy z reklamówki, a gdy to wreszcie zrobił, skrzętnie schował plastikową torbę. Dotąd zawsze z nią się przeprowadzał. - Wszystkie ciągle się boją, że będą musiały stąd odejść - mówi pani Ewa. - Kupiliśmy Krystianowi nowe buty. Zamiast radości był strach: A gdzie ja idę? - zapytał od razu.
Smutne buzie
Pytamy, czemu podjęli taką decyzję. Historia jest długa. Wiele lat rodzina Karpowiczów - rodzice, Patryk i Monika - mieszkała w trypokojowym mieszkaniu na olsztyńskim osiedlu Górki. Niedaleko był Dom Małego Dziecka. Gdy Monika miała 12 lat, zobaczyła tam na placu zabaw dzieciaki o smutnych buziach. Weszła, pobawiła sie z nimi. Od tej pory zaczęła tam regularnie zagladać. Pomagała wychowawczyniom, bawiła się z maluchami, a we włąsnym domu... wytrwale prowadziła kampanię propagandową: może zaadoptujemy któreś, a może weźmiemy kilkoro i stowrzymy rodzinny dom dziecka?
Dwa lata temu Karpowiczowie zaczęli budować własny dom w podolsztyńskich Dywidach. Zanim go skończyli, syn się ożenił, a Monika postanowiła studiować w Gdańsku. Wtedy pomysł powrócił.
Zbigniew Karpowicz przez ostatnich osiem lat był radnym, zajmował się edukacją, kulturą, sportem i sprawami społecznymi. Wiedział więc, że takiego domu nie zakłada się ot tak.
- Przygotowania trwały trzy miesiące - wspomina listę książek psychologicznych, które oboje z żoną musieli przeczytać, i 30-godzinny cykl rozmów z przedstawicielką ośrodka adopcyjnego, prawnikiem i psychologiem, którzy opowiadali o problemach, jakie ich czekają.
- Uczyli nas, byśmy zawsze podchodzili do dzieci z cierpliwością, miłoscią ale i z dystansem. Do niczego ich nie zmuszali, czekali aż się same otworzą.
Potem komisja przeprowadziła wywiad środowiskowy na temat całej rodziny i zaakceptowała ich kandydaturę. - Wreszcie mogliśmy pójść do Domu Małego Dziecka, żeby maluchy oswoiły się z nami. Choć dostaliśmy je z "przydziału", od razu ujęły nas za serce.
Bąbelkowa skala grzeczności
Są nasze tylko przez chwilę - wyjaśnia pani Ewa. - Rodzice całej czwórki żyją, jeśli tylko zechcą i jesli sąd tak zdecyduje, zabiorą dzieci, bo mają jedynie ograniczone prawa rodzicielskie. Ale nie interesują sie nimi. Poza mamą Krzysia i Adasia nie odwiedzają ich.
Ewa przez 24 lata uczyła w szkole fizyki. - Teraz stosuje metodę wychowawczą, która nie polega na karaniu, a na ograniczaniu przyjemności - mówi. - To tak jak z kąpielą w wannie: za niegrzeczność bez pianki. Za wielką niegrzeczność - mycie pod prysznicem. Na razie skutkuje. tylko raz była kąpiel bez pianki - śmieje się.
Jestem zmęczona, ale z czasem przywyknę do nowych obowiązków - mówi pani Ewa. A mąż ? Po tylu latach małżeństwa wreszcie sam... sprzata. Tylko w pracy siedzi tak długo jak zawsze, bo powiększona rodzina z niczego nie zwalnia.
Agata Bujnicka
"Przyjaciółka" nr 10
7-13 marca 2003