Sąd nie pozwala kochać Pawełka



 
Dorota i Olek Dettlaffowie walczą, żeby Paweł został ich synem. Prawnie sprawa jest "czysta", ale trwa już 8 miesięcy.

Sąd nie pozwala im kochać Pawełka

Z jednej strony są oni: tęskniący za dzieckiem, któremu chcieliby nieba przychylić. Z drugiej strony Pawełek: samotny, spragniony miłości. Jest w pogotowiu opiekuńczym. Nie rozumie, dlaczego nie jest z tymi, którzy go kochają. Nikt tego nie rozumie!

Na szpitalnym oddziale dziecięcym, gdzie pracuje Dorota Dettlaff, mówią: "Ona ma takie serce, że wszystkie dzieci by przygarnęła. Powinna mieć ich dużo". To prawda. . .

Tak bardzo chciała być matką. Wsłuchiwała się w swoje ciało z nadzieją, że zakiełkowało w niej nowe życie. Bez skutku. Zdecydowała się na zapłodnienie in vitro.

- Szczęście nie było mi pisane - Dorota smutnieje. - Poroniłam. Na następny zabieg nie mieliśmy ani sił, ani pieniędzy Ponad 20 tys. złotych dla salowej i policjanta to bardzo dużo. Do dziś spłatamy tę pożyczkę.

Olek podjął decyzję: "Jest tyle samotnych dzieci. Uszczęśliwmy choć jedno". Przeszli kurs. Złożyli stertę dokumentów, wypełnili testy, rozmawiali z kuratorem i psychologami. Zakwalifikowano ich - mogli stać się rodziną adopcyjną. W czerwcu dostali wiadomość: "Jest! Chłopczyk. Wczoraj się urodził. Matka się go zrzekła".

- Tej nocy nie mogliśmy zasnąć - mówi Dorota. - Rano pobiegliśmy zobaczyć naszego synka. Ciśnienie mi podskoczyło, ręce drżały Leżał na sali samiuteńki. Spał... Wzięłam go na ręce. Wszystko we mnie krzyczało: "Mój syneczek! Wymarzony! Wyczekiwany przez 10 lat". Rozwinęłam z pieluszki. Liczyłam paluszki i wszystkie całowałam. "Ma szczęście - westchnęła pielęgniarka - będzie miał dobre dzieciństwo". "To nasz Pawełek" - powiedział miękko mąż, a oczy mu się szkliły.

Wydawało się, że mały ma szczęście. Będzie miał dobre dzieciństwo.

Natychmiast złożyli w sądzie papiery adopcyjne. Sędzina powiedziała, że rodzice biologiczni po 6 tygodniach muszą w sądzie jeszcze raz zrzec się dziecka. Dorota i Olek chcieli zostać rodziną zastępczą dla Pawełka, zanim go zaadoptują. Złożyli do sądu odpowiedni wniosek.

- Siedziałam jak co dzień przy Pawełku, gdy pielęgniarka powiedziała: "Dziecko idzie do pogotowia rodzinnego. Tak chce sąd". Myślałam. że zemdleję - Dorota szybko ociera łzę. - Jak to? Dlaczego nie do nas? Sędzina powiedziała, że tak zdecydowała, bo nie chcieliśmy, żeby rodzice biologiczni znali nasz adres. Złożyliśmy więc wniosek, że godzimy się na wszystko, byle maty byt z nami. Dostaliśmy odmowę z uzasadnieniem: "Wobec nieuzupełnienia w terminie braków formalnych. a mianowicie niezłożenia dwóch odpisów wniosku i niewskazania adresów zamieszkania uczestników..." Nic z tego nie zrozumieliśmy oprócz tego, że sąd chciał, byśmy podali adresy biologicznych rodziców Pawełka. Ale skąd - przecież nawet ich nie znaliśmy!

Pawełek jest w pogotowiu rodzinnym. Dorota i Olek, kiedy tylko mogą pokonują 40 kilometrów, żeby z nim pobyć. Ochrzcili chłopca. Nadali mu imiona Paweł Aleksander.

- Jak nas widzi. wyciąga rączki, gaworzy, śmieje się. To taki pogodny dzieciak - mówi Olek. - Nie ma takiego drugiego na świecie. - Gdy się z nim żegnamy, jest strasznie - Dorocie cichnie glos. - Całą drogę powrotną zalewam się łzami. A nasz Pawełek długo w nocy płacze.

Dettlaffowie dowiedzieli się, że rodzice zrzekli się Pawła przed sądem. Łudzili się, że to już koniec, że zaraz wezmą go do domu. Jakże się mylili!

- Po pół roku przyszło wezwanie na sprawę! - wzdycha Dorota. - To był 17 grudnia. Jak głupia sądziłam, że sędzina chce, żeby dziecko było już u nas na święta. Spakowałam ubranka, żeby prosto po sprawie pojechać po małego. Nie wiedziałam, że to tortur ciąg dalszy...

- Sędzina na naszą sprawę zaprosiła... rodziców Pawełka. - Posadzono nas koło siebie. Dlaczego?! Przecież adopcja jest tajemnicą! Wypytywała nas, jak długo jesteśmy po ślubie, czy mamy dzieci. Do nich zwracała się, tak, jakby chciała, żeby wszystko cofnęli. "Czy jesteście świadomi, że nie będziecie mieć do swego dziecka żadnych praw?" Hamowałam łzy i wzburzenie. Czy to jest sen? Na koniec skierowała nas... na kolejne badania.

Pawełek całe swoje życie mieszka u obcych. Ograbiono go z miłości.

Byliśmy zdruzgotani. Jakbyśmy dostali się w tryby bezdusznej maszyny, która nas miażdży. Dlaczego? Dlatego, że kochamy. Ze chcemy dać szczęście małemu dziecku, chcemy go wychować, prowadzić przez życie?

- Wybłagałam, żeby przyspieszyli termin badań. Ale nasze dokumenty nie mogły wydostać się z sądu. Miesiąc! Miesiąc szły nasze akta z Gdyni do Gdańska! Dettlaffowie przeszli następne badania. Musieli odpowiedzieć na 360 pytań... Teraz boją się, że pani sędzia wyznaczy sprawę za kilka miesięcy, że coś jeszcze wymyśli, żeby rozdzielić ich z dzieckiem.

- Mam w sobie tyle żalu. Dlaczego tak depczą naszą miłość? Nie mogę przytulić, uśpić mojego synka. Nie widziałam, jak stawia pierwsze kroki w chodziku, jak wychodzą mu pierwsze ząbki. Ograbili jego dzieciństwo. Wczoraj obudziłam w nocy męża. "A jeśli sędzina nam go nie da?" - spytałam. - "Pójdę na skargę do samego Boga" - zapłakałam.

Ewa Japał

Pani Domu Nr 10, poniedziatek, 4 marca 2002 strona 26
Tekst zamieszczono za uprzejmą zgodą autorki artykułu


Niszczą dzieciństwo

Paweł wkroczył w okres krytyczny. Jest szczególnie wrażliwy na rozstania. Gdy mama pojawia się i znika, dziecko cierpi dotkliwie. Europejska Konwencja Stosowania Praw Dziecka, którą podpisaliśmy, zobowiązuje sądy do szybkiego działania w sprawie dzieci Nasi sędziowie niestety to lekceważą.

Prof. Maria Łopatkowa - Fundacja Dziecko

Wszyscy na tym tracą

Razem z Dettlaffami brało udział w kursie adopcyjnym pięć rodzin. Wszystkie już dawno mają dzieci. A u nich końca nie widać. To rozdzielenie jest fatalne dla nich i dla dziecka. Na dodatek, miasto ponosi koszty utrzymania dziecka w pogotowiu opiekuńczym w wysokości 1500 zł miesięcznie!

Joanna Bogdan -dyr. Ośrodka Adopcyjnego "Oaza" w Gdyni.




Poprzedni Home Następny