Budowanie systemu wsparcia dla dziecka odrzuconego poprzez doskonalenie umiejętności wychowawczych rodzin zastępczych. Kiedy do lekarza przychodzi mama z chorym dzieckiem, lekarz wysłuchuje, jakie dziecko ma dolegliwości. Następnie dziecko bada. Jeśli to możliwe, nawiązuje z nim kontakt. Potem stawia diagnozę. Wiedząc, jaka to choroba, przepisuje odpowiednie leki i nakazuje określony sposób postępowania.
Oczywiste jest, że aby komuś pomóc, trzeba wiedzieć, w czym i jak. Tak samo dzieje się w przypadku dziecka odrzuconego. Trzeba wiedzieć, co mu dolega i jak z nim postępować, aby mu nie zaszkodzić, a właściwie wesprzeć.
Dzieci przyjmowane do rodzin zastępczych pochodzą z różnych środowisk i każde z nich ma za sobą doświadczenia znane tylko jemu samemu. Każde z nich jest niepowtarzalne. Mają swoje potrzeby. Na pewno nie jest łatwo z nimi żyć. Bardzo często brakuje im poczucia, że są kochane, wartościowe, i że komuś na nich zależy. Często na miłość odpowiadają agresją lub lękiem. Nie potrafią pozytywnie wyrażać swoich potrzeb. Niszczące doświadczenia z okresu wczesnego dzieciństwa bardzo utrudniają rozwijanie pozytywnych więzi. Rodzice zastępczy powinni być świadomi stopnia trudności stojących przed nimi zadań. Powinni też czuć wsparcie środowiska rodzinnego, przyjaciół, znajomych oraz poszczególnych instytucji. Bo przecież kiedy rodzina zastępcza otrzymuje wsparcie, to jednocześnie tym wsparciem jest obdarzane dziecko przyjęte. Kiedy rodzina jest rozumiana, jest jej łatwiej. Wiele jednak rodzin zastępczych odsuwa się z życia towarzyskiego, a i środowisko odsuwa się od nich. Wynika to z niezrozumienia. Błędne jest mniemanie, że dziecko odrzucone trzeba głaskać, wszystkim go obdarowywać, żeby wynagrodzić mu jego przeszłość. Jednak właściwym podejściem jest stawianie takiemu dziecku wymagań, określanie reguł i zasad, bycie konsekwentnym w postępowaniu z nim.
Pragnę na przykładzie naszej rodziny przedstawić, jak przyjęcie dziecka odrzuconego pobudza do doskonalenia się rodziców, zdobywania nowych zdolności wychowawczych, pracy nad relacjami, jak wymaga ciągłego rozwoju i uczenia się.
Dwa lata temu nasza wiedza na temat dziecka odrzuconego była znikoma. Mając czwórkę swoich dzieci, w wieku: sześć lat, bliźnięta cztery lata, najmłodsze pół roku, zdecydowaliśmy się przyjąć ośmioletnią Asię. ródłem takiej otwartej postawy była nasza wiara i wsłuchanie w Słowo Boże. W swoim życiu czuliśmy i nadal czujemy prowadzenie Pana Boga. Na starcie mieliśmy pragnienie zrobienia czegoś dobrego, wolę kochania i dawania miłości. Byliśmy jak ten lekarz, tyle, że niedoświadczony, który przyjmuje dziecko i bez badania i diagnozy ma zalecić odpowiednie postępowanie czyli kurację. My wiedzieliśmy bardzo mało: dziewczynka ma osiem lat, jest miła, sympatyczna, lubi śpiewać i tańczyć; rozdzielono ją z siostrą, ma uregulowaną sytuację prawną. Zasugerowano nam, że jak powie do nas mama i tata to będzie sukces. A Asia tego samego dnia, w którym do nas przyjechała, nazwała nas mamą i tatą. Tuliła się do nas. Myśmy się z tego zachowania cieszyli. Myśleliśmy, że jesteśmy fantastyczną rodziną, a Asia się u nas dobrze poczuła. Ale kiedy tuliła się do wszystkich naszych znajomych, siadała na kolanach wszystkim wujkom, nie miała oporów przed osobami, które pierwszy raz widzi, zaczęliśmy się zastanawiać. Takie zachowanie odbiegało od zachowań dzieci w jej wieku. Czuliśmy, że coś jest nie tak. Podczas warsztatów prowadzonych przez Stowarzyszenie Zastępczego Rodzicielstwa w Sierczynku w Ośrodku Rodzicielstwa Zastępczego dowiedzieliśmy się o zaburzeniu zwanym zaburzeniem więzi. Tam też powiedziano nam o głównej zasadzie, jak postępować w tym zaburzeniu, a mianowicie: powrócić do bazalnego zaufania. To ukierunkowało naszą pracę nad Asią. Widzimy rezultaty tej pracy w relacjach Asi do innych. Myślę, że słowo mama i tata znaczą dla niej coś innego niż dwa lata temu.
Nasza świadomość relacji między dziećmi, nasze umiejętności obserwowania dzieci, czytania ich zachowań również wzrosła, a tym samym polepszył się sposób wychowywania (przynajmniej taką mamy nadzieję). Ilustracją tego niech będzie przykład relacji Darii i Asi. Daria - nasza najstarsza córka - miała sześć lat, kiedy przyjęliśmy ośmioletnią Asię. Na początku cieszyła się, że będzie miała starszą siostrę. Przyjęła ją do swojego pokoju. Jednak miła atmosfera trwała około tygodnia. Potem były kłótnie, wyzwiska, awantury, łącznie z krzykiem, żeby Asia wróciła do Domu Dziecka. Trwała też walka o zabawki. Asia brała zabawki Darii bez pytania, kiedy swoje miała pochowane. Po wielu rozmowach i tłumaczeniach Asia ustawiła swoje lalki na półkę z lalkami a puzzle dołożyła do puzzli. To był przełom. Kiedy rozpoczął się rok szkolny okazało się, jakie Asia ma problemy z nauką, czytaniem, koncentracją, logicznym myśleniem. Najchętniej oglądałaby telewizję zamiast odrabiać lekcje. Poświęcaliśmy jej dużo czasu pomagając w nauce i nadrabianiu zaległości. Myśleliśmy, że robimy dobrze. Zastanowiło nas jednak zachowanie Darii. W przedszkolu było wszystko dobrze, a w domu stała się agresywna, kłótliwa i krzykliwa. Szukaliśmy odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Wtedy w nasze ręce wpadł artykuł Małgorzaty Kleckiej (wieloletniej mamy zastępczej). Pozwolę sobie jego fragment zacytować:
"Pewien kaznodzieja chcąc wyjaśnić rodzicom różnicę między dziećmi naturalnymi a dziećmi, które przeżyły odrzucenie wziął do ręki dwa bukiety kwiatów. Bukiet róż, który na stół trafił prosto z kwiaciarni był świeży, pachnący, ozdobiony wstążką. Drugi bukiet składał się z kwiatów zerwanych przy drodze i nie był tak piękny.
- Który z tych kwiatów ma za sobą więcej przykrych doświadczeń?- padło pytanie, na które wszyscy znali odpowiedź. Po polnych kwiatach jeździły rowery, biegały dzieci, grając w piłkę - te kwiaty nie doznały wiele troski.
- A które z tych kwiatów potrzebują więcej troski i uwagi? Które są delikatniejsze?
Odpowiedź znowu była prosta, choć trochę sprzeczna z obiegową opinią na temat dzieci. Róże. Trzeba o nie dbać i podlewać. Nie przeżyłyby deptania i złego traktowania, nie są tak zahartowane jak polne kwiaty. Refleksje na temat kwiatów zburzyły dotychczasowe poglądy rodziców. Polne kwiaty symbolizują dzieci osierocone, odrzucone. One wiele przeszły, ale są także odporne. Nikt ich nie podlewał regularnie. Musiały się zadowolić taką ilością deszczu, jaka na nie spadła. Deptano po nich, ale one dzielnie prostowały się znów. Róże, dzieci wychowywane w kochających rodzinach, potrzebują wiele troski. Trzeba o nie regularnie dbać - inaczej zwiędną. Cóż się zatem dzieje, jeśli rodzice próbują zrobić bukiet złożony z polnych kwiatów i róż? Nie jest to łatwe zadanie, bo każdy z tych kwiatów wymaga innego traktowania. Róże uzależnione są od miłości, nie są w stanie bez niej przetrwać, giną bez niej. Polne kwiaty nie są do miłości przyzwyczajone, nie potrafią jej przyjąć, wydaje im się, że mogą sobie bez niej poradzić".
Ten artykuł, a także kontakt z innymi rodzinami zastępczymi, które przez wiele lat zajmowały się wychowywaniem dzieci naturalnych i przyjętych pomógł nam określić nasz błąd, a mianowicie zbytnią koncentrację na dziecku przyjętym, a odsunięciu dzieci naturalnych, które jak te róże potrzebują naszej troski, opieki, czasu. Wiedzieliśmy już, dlaczego Daria się tak zachowuje. Zaczęliśmy inaczej ustawiać rytm dnia, kładliśmy nacisk na czas spędzany z dziećmi: rozmowy, gry, zabawy, wspólne zakupy, czytanie książek. Staraliśmy się indywidualnie podchodzić do ich potrzeb i odpowiadać na te potrzeby. Włożyliśmy dużo pracy w budowanie dobrych relacji w rodzinie. I teraz zdarzają się coraz częściej takie scenki jak ta: Asia miała problem z włożeniem butelki z piciem do plecaka, który miała na plecach. Daria widząc to zaproponowała jej pomoc. Asia się zgodziła i Daria włożyła napój do kieszeni plecaka. Może dla kogoś to nic nieznacząca scenka, ale dla nas to duży krok w budowaniu pozytywnych więzi. Przy okazji relacji chcę jeszcze poruszyć temat związany z miejscem najstarszego dziecka w rodzinie. Do momentu pojawienia się Asi najstarszym dzieckiem była Daria. Straciła swoje najstarszeństwo i poczuła się zagrożona. Fakt ten wywołał walkę, konkurencję, wzajemne przepychanie się. Musieliśmy to mądrze rozwiązać. Myślę, że nam się udało. Otóż ustawiliśmy to tak, że Daria jest najstarszym dzieckiem urodzonym przez nas i pierwsza pojawiła się w naszym domu. Asia przyszła do nas ostatnia, chociaż się wcześniej urodziła. Do tej pory zdarza się, że Daria reaguje buntem, gdy ktoś niewtajemniczony każe jej słuchać się Asi, bo jest od niej starsza. To doświadczenie pokazało nam, że dzieci w rodzinie powinny pojawiać się w takiej kolejności jak to jest naturalnie, czyli młodsze od tych, które są.
Wróćmy do tematu. Wsparciem dla dziecka odrzuconego są na pewno zasady i reguły panujące w rodzinie. Jedną z podstawowych zasad w naszym domu jest prawda. Tak wychowywaliśmy i wychowujemy nasze dzieci. Asia, kiedy do nas przyszła, strasznie kłamała. Ja to nazwałam nałogiem kłamstwa. Na każdym kroku i w każdym temacie. Ciągle ją kontrolowaliśmy, dochodziliśmy do sedna sprawy. Pokazywaliśmy, gdzie kłamie. Dociekaliśmy prawdy. Po pewnym czasie ja miałam dosyć. Czułam się jak policjant, sędzia, czy detektyw. Byłam zniechęcona. Na szkoleniu w ośrodku adopcyjnym dowiedziałam się, że te dzieci jak kłamią, to patrzą prosto w oczy. To też było denerwujące. W swojej niemocy zwróciłam się z zapytaniem do ojca zastępczego, który miał wieloletnie doświadczenie w pracy z dziećmi odrzuconymi. Utwierdził mnie w przekonaniu, że tylko systematyczna kontrola, rozliczanie, pilnowanie, ustawienie reguł przyniesie oczekiwaną zmianę w zachowaniu dziecka. Podbudowana tymi słowami razem z mężem dalej uczyliśmy dzieci życia w prawdzie. Efektem konsekwentnego postępowania jest to, że Asia teraz bardzo rzadko kłamie.
Moim zdaniem najtrudniej pomóc dziecku w przeżyciu straty rodziny naturalnej. Chodzi tu o stanięcie w prawdzie, bolesnej prawdzie. Tylko prawda wyzwala. Tylko dzięki niej dziecko może odnaleźć swoją tożsamość, uporać się z przeszłością, po to, by budować przyszłość. Pewnego dnia moja siostrzenica przyniosła karteczki do segregatora (takie, które zbierają dziewczynki). Dając Darii powiedziała, że dla niej ma więcej, bo jest jej prawdziwą kuzynką, a dla Asi mniej, bo jest jej przyszywaną kuzynką. Asia słysząc te słowa rozpłakała się i krzyczała: "Widzisz, mamo! Słyszysz, mamo!". A ja zupełnie spontanicznie zareagowałam mówiąc, że taka jest prawda, że ja jej nie urodziłam, że nie cofniemy czasu i nie włożę jej do brzucha. Stało się tak, jak się stało, a teraz jest z nami i budujemy wspólnie teraźniejszość i przyszłość. Słowa prawdy uspokoiły Asię. Ona ma swoją tożsamość, musi ją odkryć, przyjąć i żyć dalej. My za nią żyć nie możemy. Musi ona przeżyć etapy straty: złość, agresję i pogodzenie się. Wtedy dopiero nabierze odwagi w przyznawaniu się, oceni swoją przeszłość, ustosunkuje się do niej i na bazie tego będzie budować swoją przyszłość.
Jako rodzice zastępczy im więcej będziemy wiedzieć, tym lepiej będziemy mogli pomóc. To tak jak z tym lekarzem. Im więcej będzie się kształcił i praktykował, tym lepszym będzie specjalistą. Rodzice zastępczy muszą nauczyć się kochać dziecko przyjęte do rodziny. Muszą przejść razem etapy miłości: budowanie poczucia bezpieczeństwa, poznawanie potrzeb, odkrywanie własnej wartości, stawanie w prawdzie, budowanie więzi i zaufania. Żeby rodzina zastępcza rozwijała swoje umiejętności wychowawcze, a tym samym coraz lepiej wspierała przyjęte dziecko, muszą być spełnione takie warunki:
1. Uszanowanie intymności, autonomii rodziny. Rodzina powinna być obdarzana zaufaniem ze strony różnych instytucji, które mają nad nią pieczę.
2. Dostęp do wyczerpujących informacji o przyjętym dziecku. Bardzo często są to szczątkowe dane, a u starszych dzieci bardzo trudno poznać ich przeszłość. Nie mają zdjęć z okresu niemowlęctwa i okresu, kiedy było małe.
3. Możliwość zwracania się do fachowców z problemami bez obawy, że ktoś nazwie rodziców zastępczych niezaradnymi wychowawczo i będzie chciał zabrać im dziecko. Często u dzieci przyjętych potrzebne są badania, aby stwierdzić, czy dziecko ma jakieś zaburzenia (FAS - zaburzenie poalkoholowe, czy było wykorzystywane seksualnie, czy było maltretowane). Specjalista również zaleciłby wtedy odpowiednią terapię.
4. Kontakty z innymi rodzinami zastępczymi. Nie wystarczy znać pedagogiczne i psychologiczne definicje i teorie. Niezastąpione są praktyczne porady innych rodzin wynikające z ich doświadczeń życiowych.
5. Udział w różnych warsztatach konferencjach, szkoleniach.
6. Indywidualny rozwój rodziny przez czytanie książek i prasy o tematyce rodzicielstwa zastępczego. Polecam czasopismo "Rozterki wychowawcze" redagowane przez Stowarzyszenie Zastępczego Rodzicielstwa.
Spełnienie tych warunków daje możliwość podnoszenia umiejętności wychowawczych rodziców zastępczych i gwarantuje właściwą pomoc dziecku przyjętemu.
Kończąc swoją wypowiedź, chcę jeszcze zaznaczyć, że przez te dwa lata od momentu przyjęcia Asi doświadczyliśmy wiele. W Bogu mieliśmy wsparcie, trwanie w Słowie Bożym i modlitwie było i jest źródłem siły i miłości. Takie życie, jakie wybraliśmy, wymaga od nas ciągłej pracy nad sobą i naszą rodziną. Ciągle zastanawiamy się, co zrobić, żeby było jeszcze lepiej? Analizujemy sytuacje z naszego życia. Próbujemy różnych sposobów rozwiązywania naszych problemów. Cieszymy się z każdego sukcesu. Radują nas też słowa osób bliskich, którzy zwracają nam uwagę na to, co się zmieniło na lepsze, szczególnie u Asi. Nasz sposób na życie może jest trudny i nierozumiany, ale my jesteśmy szczęśliwi. Wierzymy, że rodzina jest najlepszym środowiskiem dla rozwoju dziecka. Sposób życia rodziców jest najskuteczniejszym sposobem wychowywania dzieci. Każde dziecko odrzucone przez swoją naturalną rodzinę powinno znaleźć się w innej zdrowej rodzinie, ponieważ tam otrzyma najdoskonalsze wsparcie.
Autor: Joanna Szutowicz
Stowarzyszenie Zastępczego Rodzicielstwa
oddział zachodniopomorski w Koszalinie
tel. 0....94 345 14 62