Prawdziwa twarz Kopciuszka
Adopcja to fascynująca forma rodzicielstwa, ale też bardzo ryzykowna!
Pomogłam w przysposobieniu przynajmniej piętnaściorga dzieci gorąco do tego namawiając wahających się, bezdzietnych lub mających własne dzieci przyjaciół, znajomych i ich znajomych. Odszukałam telefony w starych notesach. Zatelefonowałam do dziewięciu rodzin. Do pozostałych bałam się już dzwonić.
BARBARA PIETKIEWICZ
Zadzwoniła do mnie pani X. - Moja córka wychodzi dziś za mąż - powiedziała. - Ma pani w tym udział. Przed dwudziestu laty przeczytałam pani artykuł o adopcji. Popłakaliśmy się z mężem. Przyjęliśmy do rodziny dziewczynkę i kochaliśmy ją bardziej od syna, którego urodziłam. Zniszczyła nam życie.
Napisałam wiele tekstów o adopcji. Widziałam w domach dziecka setki dzieci, klejących się do każdego, kto bodaj zatrzyma na nich dłużej wzrok. "Weźcie je, otoczcie miłością i opieką" - pisałam. Nie miały nikogo na wyłączność przez pierwsze lata życia i dlatego chorują. Trzeba się nauczyć postępowania z takim dzieckiem, trzeba wiedzy, cierpliwości, a nade wszystko miłości. Witaminy "M", która czyni cuda.
Nie tylko pisałam, pomagałam adoptować. To byli doprawdy świetni ludzie. Mądrzy, przyjaźni światu, niebiedni: właśnie tacy przeważnie adoptują dzieci. Mniej altruistyczni a zasobni jeżdżą opalać się na Goa albo szczerze i uczciwie mówią, że nie wiedzą, czy mieliby serce dla cudzego. Albo ich zwyczajnie nie stać.
"Moje" dzieci świetnie się rozwijały i rosły. Później kontakty z ich rodzicami rozluźniły się, oni wyraźnie ich ze mną nie szukali.
Jak dwie połówki
Anna B. wzięta w drugim roku życia z domu dziecka w Stargardzie Szczecińskim kierowanego przez ówczesnego dyrektora, który z pewnością oddał do adopcji więcej dzieci niż sierocińce z kilku województw razem wzięte. Pamiętam pokój przygotowany na jej przyjęcie u doktorostwa B. - w różowe paski. Matka i dziecko przylgnęły do siebie jak dwie połówki szukające się po świecie. Pani B. mówiła, że tęskni za nią, jak musi wyjść bodaj na zakupy, na godzinę, na pół. Spotkałam 10-letnią Annę na nartach.
- Słabo się uczy, ale to się zmieni - powiedziała jej mama. - Najgorsze, że ucieka z domu po lekcjach. Urządziliśmy jej stół do ping-ponga w piwnicy. Ma projektor, może zapraszać koleżanki. I nic. Szukamy jej godzinami po osiedlu. Psycholog orzekł, że to ich wina. - Coś w waszym wychowaniu szwankuje - zawyrokowałam i ja. - Nie uciekałaby, gdyby było inaczej. Pani B. spuściła głowę. Anna po dziesięciu latach. Skończyła podstawówkę, obłożona korepetycjami.
- Nie jest zdolna, ale zaakceptowaliśmy to - mówi matka. Poszła na kursy fryzjerstwa. Marzyła o tym zawodzie. Wyrzucono ją z praktyki w zakładzie, bo kradła. Zewsząd ją za to wyrzucają. Nie musi kraść. Dostaje większe kieszonkowe niż drobne sumy, które wyciąga z torebek klientek. - Sami też chowamy przed nią pieniądze. Nigdy nie miała do czynienia ze złodziejami, nikt w środowisku, w którym wyrosła, nie kradnie. Nudzi ją towarzystwo siostrzeńców, dzieci znajomych, woli chłopaków i dziewczyny spod sklepów z piwem. - Nałogowo pali, choć u nas nikotynizm obłożony jest anatemą. Namiętnością jej życia jest dyskoteka i nic więcej. Bardzo się o nią boimy. Co takiego zrobiliśmy złego? Gdzie nasza wina, gdzie błąd?
Matka Sebastiana R. nie jest skłonna do wynurzeń. Ojciec duszę by za niego oddał. Był dla syna ojcem, kumplem, przyjacielem. Uwielbiał go. W szesnastym roku życia Sebastian zaczął okradać samochody. Przedtem dręczył zwierzęta. - Nie było chyba niczego takiego, czego by nam oszczędził - mówi matka. Ojciec nie mógł się z tym pogodzić. Zmarł na zawał. Matka podzieliła mieszkanie na dwie kawalerki. Wie, że Sebastian ostatnio siedział. Nie chce go znać.
- Z Gracją właściwie wszystko jest dobrze - mówi jej matka, tłumaczka. Skończyła prywatne liceum. Zna angielski, bo ze względu na dziecko rozmawiali z mężem w tym języku. Wyrosła na ładną pannę. Powiedziała, że dalej uczyć się nie będzie. Bo to nie ma sensu. Ciągle gdzieś chodzi, ktoś podwozi ją i odwozi drogimi samochodami. Zaczęła pracować w agencji towarzyskiej wciągnięta przez koleżankę. - Kiedyśmy ją błagali, żeby przestała to robić, powiedziała, że to zawód taki sam dobry jak inny i ona go lubi. Ale w domu nadal jest taka jak dawniej - miła, dobra, serdeczna, ciągle mamuńciu i mamuńciu.
Antoni też jest taki - serdeczny i miły. Był w dziesięciu zawodówkach, żadnej nie skończył, bo nałogowo wagaruje. Matka kryła go jakiś czas przed ojcem, chodziła do psychologów, prosiła, błagała. Wydało się, kiedy obrabował sklep. Jest teraz drobnym pijaczkiem. Na noc przychodzi do domu. Otrzyma po śmierci rodziców piękną willę pod Warszawą, pełną starych pamiątek, zbieranych przez kilka pokoleń.
Adrian, syn terapeutki, pije. Policja zabrała mu prawo jazdy za prowadzenie samochodu po pijanemu. Córka uwielbia dyskoteki. Żadne nie skończyło szkoły średniej mimo wszelkiej pomocy ze strony rodziców.
- Kiedy wiele lat temu studiowałam psychologię - mówi dr N., ich matka - panował pogląd, że człowiek jest taki jak środowisko, w którym się wychowuje. Podkreślano wagę urazów i złych doświadczeń z dzieciństwa, jakby zakładając, że jednakowo traumatycznie spływają one na każde dziecko, jakby dzieci rodziły się identyczne, a kształtowały je tylko doświadczenia. Te dobre w rodzinach miały zmyć wszelkie złe, jak brudną plamę ze skóry.
Schemat Kopciuszka
"Pisanie o genetycznym obciążeniu dzieci było dotąd swoistym prasowym tabu. Także w innych krajach obowiązywał schemat biednego Kopciuszka, który wprowadzony do krainy miłości rozkwita jak szlachetna róża - pisał przed rokiem angielski "The Times". - Bo cóż za małostkowość psuć wydarzenie równie wielkie i szczęśliwe jak adopcja obawami o jakieś geny. Wszystko można naprawić miłością". Nie wszystko.
Przed wojną adopcje bywały rzadkością. Jeśli dokonywano usynowień, to tylko w obrębie rodziny. Na ogłoszenie "przyjmę chłopczyka na wychowanie", dane w przedwojennym piśmie dla kobiet "Bluszcz" przez warszawską mieszczankę, przyszło ponad 100 biednych kobiet pragnących dla dziecka lepszego losu, a zdarzenie zostało przedstawione w tygodniku jako akt wyjątkowego miłosierdzia ze strony owej dobrej pani.
Adopcja jako zjawisko społeczne pojawiła się w czasie wojny i po niej. Tysiące sierot znalazło wtedy swój nowy dom albo miejsce w sierocińcu, który różnił się już od przedwojennych wzorów, miejsca gdzie sieroty obejmowano "boskim miłosierdziem i ludzkim". Teraz państwo miało po prostu obowiązek te sieroty wychować. W latach późniejszych, kiedy śmierć rodziców przestała być w życiu dzieci zdarzeniem statystycznie częstym, pojawiły się sieroty społeczne, pochodzące z rodzin, w których tradycją od kilku pokoleń był alkohol, przemoc, konflikty z prawem i wykształcenie niewiele odbiegające od analfabetyzmu. Dzieci z tych rodzin zabierano w przeświadczeniu, że dom dziecka będzie dla nich życiową szansą. Spostrzeżono jednak, że jest tylko szansą biologiczną: daje wikt i opierunek, pomaga w marnym wykształceniu, a wielu wychowanków kiepsko sobie radzi, wracając zresztą do kryminogennego środowiska, bo z innym nie miało styczności.
Od lat 70. rozpoczęła się szeroka adopcja sierot społecznych przez rodziny uznane przez odpowiednie czynniki za społecznie poprawne. Badano, czy zdrowe, czy mają środki na utrzymanie, czy wolne są od nałogów. Powierzane dzieci badano pobieżnie. A najczęściej wcale. Znam przypadki adopcji dzieci z guzami mózgu, z padaczką, z ciężką chorobą nerek, o których to wadach nikt rodzinom nie powiedział. Może zresztą o nich w sierocińcach nie wiedziano (co nie oznacza, że nie ma rodziców pragnących adoptować właśnie takie pokrzywdzone przez los dzieci).
Rodzice są przed adopcją powiadamiani, że dobro dziecka liczy się przed ich dobrem, że wychowanie będzie trudne z powodu choroby sierocej, a wynik zależeć będzie od tego, czy staną oni na wysokości zadania. W wielu ośrodkach rodzice są przygotowywani do zadań wychowawczych przez oddanych sprawie fachowców i z ochotą się wszelkim treningom poddają.
Ci, z którymi rozmawiałam, ci od "moich" dzieci, mieli dotkliwe poczucie porażki, którą przeżywają także rodzice biologicznych dzieci w takich przypadkach. Lecz adopcyjni mają ponadto głębokie poczucie winy. Ich witamina "M", choć tyle jej ofiarowali, widać była marnej jakości, jeśli biedny Kopciuszek w ich domu nie rozkwitł jak szlachetna róża, lecz wyrósł na kurwę i pijaka.
Złe ziarno, dobra gleba
Od dwóch mniej więcej lat prasa europejska zamieszcza artykuły o adopcji dalekie od ckliwych schematów z witaminą "M" w roli głównej. Weszło bowiem w życie kolejne pokolenie adoptowanych na początku lat 80. sierot społecznych. "Nie jest przypadkiem, że to właśnie teraz - pisze "The Independent" - zaczynamy sobie uświadamiać skalę tego problemu. Podobnie jest z dysleksją i przemocą domową. 20 czy 30 lat temu ludzie podejrzewali, że te zjawiska istnieją, ale skala ich była nieznana. Tymczasem okazuje się, że jedna na pięć adopcji jest nieudana. Zwłaszcza tych dzieci, które przebywały już jakiś czas w ośrodkach opiekuńczych".
Wiele adoptowanych dzieci - pisze bez ogródek włoska "La Stampa" - pije, kradnie i włóczy się i nie ma co już tej kwestii owijać w bawełnę".
W USA Remi Cadoret przez 20 lat badał dzieci urodzone w rodzinach mających problemy z prawem, z alkoholem oraz dzieci z rodzin nie mających problemów. Jedna i druga grupa badanych została oddana do adopcji natychmiast lub w kilka dni po przyjściu na świat. Okazało się, że dzieci z rodzin bez problemów wyrosły na ludzi nawet wówczas, gdy adopcyjni rodzice rozwiedli się albo sami zaczęli mieć kłopoty z narkotykami lub z prawem. Jeśli natomiast dzieci z rodzin z problemami trafiły do rodzin, które same stały się dysfunkcyjne, przejawiały zachowanie takie jak kradzież, oszustwa o 500 proc. częściej od poprzedniej grupy, choć i tu zdarzały się, rzecz jasna, przypadki pomyślne". "Wynika z tego - piszą genetycy z Oxfordu Dean Hamer i Peter Copeland, autorzy książki "Geny a charakter" - że dziedziczone są nie tyle złe zachowania i agresja, ile podatność na wpływ środowiska. Złe ziarno w jałowej ziemi obumiera. Złe ziarno posiane w żyznej glebie ma całkiem spore szanse. Lecz tylko całkiem spore, nie stuprocentowe".
Rodzice, z którymi rozmawiałam, zwracali uwagę na zastanawiającą okoliczność. Kradzieże, oszustwa wybuchały lub nasilały się wówczas, gdy dziecko doroślało i zaczynało mieć własne życie. - Jakby ktoś wymienił mu duszę - powiedziała matka Antoniego.
"Kiedy dzieci opuszczają dom rodzinny - piszą Hamer i Copeland - są mniej powodowane lub powstrzymywane tym, co wyniosły z domu. Mogą wybierać sposób życia. Ich geny nie ulegają zmianie, ale pomagają w tworzeniu sobie środowiska - dobrego lub złego. To złe środowiska, w którym wychowują się dzieci ze złym wyposażeniem genetycznym, prowadzą je przed sąd dla nieletnich. Ale to geny prowadzą najczęściej dorosłych do więzienia.
Rodzice powinni wiedzieć, że pewne procesy, którym podlegają ich adoptowane dzieci (lecz także i rodzone), nie są prostą funkcją wysiłków wychowawczych, choćby podejmowanych z wielkim sercem i w najlepszej wierze. I że nie są one sprawą wyłącznie tych dzieci wolnego wyboru".
Lek na śmiałość
- Kiedy studiowałam psychologię - mówi mama Adriana i Ewy - nie wiedziałam na przykład tego, że wpływ dziedziczności na nieśmiałość lub śmiałość jest jedną z najwyższych stwierdzonych korelacji z wszystkimi aspektami zachowania i prawie nie zmienia się w ciągu całego życia. Że poczucie ciągłej nudy, niechęć do monotonii, dramatyczna potrzeba nowych doznań i brak zahamowań jest genetycznie uwarunkowaną cechą temperamentu.
"Ktoś taki - piszą Hamer i Copeland - nie boi się ryzyka, że go złapią, że zachoruje albo się uzależni". Lub też że istnieje na przykład niewątpliwa predyspozycja genetyczna do popadnięcia w alkoholizm. Mężczyźni blisko spokrewnieni z alkoholikami pięć razy częściej stają się uzależnieni niż inni. Biologiczny syn alkoholika wychowany w rodzinie, w której się nie pije, ma taką samą szansę, jak wynika ze szwedzkich i amerykańskich badań, popadnięcia w nałóg jak wychowywany przez ojca alkoholika.
środowisko jest niesłychanie ważną, lecz wszakże nie najważniejszą zmienną w równaniu życia, choćby z tego tylko powodu, że rodzimy się z określoną inteligencją i zdolnościami umysłowymi, a także z cechami temperamentu. W podróży przez życie będziemy jechać w samochodzie określonej marki, którego parametry techniczne niezależnie od naszych wysiłków wyznaczają nam szybkość i warunki jazdy.
Powiem "tak"
Przed z górą dwoma laty opublikowaliśmy w "Polityce" cykl artykułów pod hasłem "Zamknijmy domy dziecka", starając się naruszyć powszechnie panujący spokój sumień. Twierdziliśmy, że najgorszym z wyjść jest utrzymywanie domów dziecka, bo nawet najlepszy sierociniec jest zły z definicji. Nasi polemiści grzmieli wtedy: o co wam chodzi, zostawcie domy dziecka w spokoju, a jeśli już coś chcecie zmieniać, to procedury adopcyjne. Przecież jest tylu wspaniałych bezdzietnych ludzi gotowych natychmiast otworzyć domy i serca przed sierotami. Wystarczy uprościć koszmarne procedury, przyspieszyć prace sądów rodzinnych, nie pieścić się ze złymi matkami i użalać nad ojcami pijakami. Odnosiliśmy się do tych nawoływań z dużą rezerwą, choć rzeczywiście zdarzają się przypadki, że z powodu nieludzkiej urzędniczej opieszałości dzieci tkwią latami w sierocińcach, a mogłyby w ramionach przybranych matek. Staraliśmy się lansować te pomysły, które zmierzają - jeśli to tylko możliwe - do powrotu osieroconych dzieci do ich naturalnych rodzin. W takim zresztą kierunku idą kraje zachodnie, przekonując, że macierzyństwa i ojcostwa można doświadczać jako przyjaciel, najlepszy na świecie wujek, serdeczna ciocia. Adopcja nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem - nie dla każdego dziecka i nie dla każdej rodziny, która chce i może pomóc sierocie.
Kiedy mnie jednak ktoś znowu spyta o radę, czy adoptować dziecko, odpowiem: zrób to. Adopcja jest mimo wszystko formą rodzicielstwa fascynującą i jednym z najpiękniejszych w życiu doświadczeń. Nikogo, kto pragnie dziecka, nie odstraszą żadne prognozy. Chora roślina, którą sadzimy w ogrodzie i która potem pomyślnie rośnie, cieszy bardziej niż banalna, od początku zdrowa. Rodzicom powinno się mówić o niebezpieczeństwie takiej decyzji. Przyjdzie im walczyć nie tylko z chorobą sierocą, lecz także, co się zwykle w rozmowach z nimi pomija, ze złym bagażem, które mogą wnieść do ich domu przyjmowane dzieci, bo one, na Boga, nie są białą i czystą sierocą kartą do zapisu działań ratunkowych, na końcu których jest sukces. Urodziły się już jakieś. W rodzinach, gdzie od pokoleń przemoc, zbrodnia i wódka są jak powietrze. Oni muszą o tym wiedzieć.
W Polsce od kilku lat jedna trzecia dzieci w sierocińcach przebywa tam tylko z tego powodu, że ich rodzice nie są w stanie ich wyżywić i otoczyć opieką - sami nieporadni, zagubieni, zastraszeni, nie radzący sobie z niczym w zmienionym świecie. To sieroty z biedy. Tylko z biedy. Fortuna adopcji zatoczy się być może szerokim kołem od lat 40., 50., kiedy to szły do nowych rodzin geny dobre, a nawet najlepsze - w dzieciach z wojny. Tylko z wojny.
Artykuł zamieszczono za zgodą autorki pani Barbary Pietkiewicz, której za zgodę dziękujemy.
źrodło :
POLITYKA nr 41/2000 (2266)
Prezentujemy kilka ciekawych komentarzy do artykułu.
- Jestem matką dwojga bardzo dobrych i bardzo udanych adoptowanych dzieci. Zyczę wszystkim biologicznym rodzicom takiej radości z dzieci, jakich ja doświadczam (są już dorosłe), adopcja była dla nas błogosławieństwem, dała sens życiu - choc mieliśmy kłopoty.
- Wielu fachowców (psychologów) lubi generalizować, i np. dzielić dzieci z "dobrych domów" lub ze "złych". Ostatnio coraz więcej jest w naszym życiu codziennym przypadków gdy dzieci z tzw dobrych domów popełniają przestępstwa, narkotyzują się itd.Wg mnie wszystko zależy od wychowania i temperamentu człowieka. Co z tego że dziecko jest dobrze wychowywane, gdy jego temperament jest tak wysoki że chce spróbować wszystkiego. (i wpada na tym)zwłaszcza że ma na to pieniądze. Wniosek - starać się dziecko dobrze wychować - ale skutki tego są różne.(Prawdopodobieństwo wyrośnięcia takiego dziecka na dobre jest po prostu większe).
- Pani artykuł przeczytałam wczoraj. Byłam wstrząśnięta. Sama mam dwoje adoptowanych małych dzieci i przypadki przedstawione w artykule zupełnie mnie załamały.Zaczęłam zastanawiać się jakie geny mają moje dzieci i czy wychowanie ich ma jakiś sens, skoro obciążenia jakie wnoszą ze sobą genetycznie mogą zupełnie nasze wysiłki wychowawcze zniweczyć. Jednak po dłuższym zastanowieniu moja pewność co do słuszności deczji o adopcji i wychowaniu wróciła do normy. Nie tylko dlatego,że rodzice adopcyjni tak samo jak i rodzice biologiczni po urodzeniu potomstwa mają nadzieję, że im właśnie uda się wychować wspaniałe dzieci a tak samo jednym i drugim czasami los płata figla. Wiara w powodzenie jest podstawą każdego działania człowieka, bo czy inaczej podejmowanie przez nas ryzyka (w każdej dziedzinie) miało by jakiś sens. Myślę, że artykuł w którym byłyby przedstawione dzieci z tzw. dobrych rodzin, które są problemem dla swoich (biologicznych) rodziców w równym stopniu byłby przygnębiający, a może niektórzy zadali by sobie sobie pytanie " Czy warto rodzić dzieci?". Mam tylko nadzieję, że uświadomienie sobie zagrożeń jakie daje rodzicielstwo przez adopcję, nie zniechęci nikogo do przysposobienia dziecka, ale pozwoli na świadome podejmowanie macierzyństwa. Dobrzy ludzie, stawiajcie na zdrowy rozsądek, a nie na "naukowe poglądy" (zwłaszcza psychologów !)
- Pracowałam kiedyś w TPD.Wówczas bylo ok. 10 rodziców,którzy założyli Rodzinne Domy Dziecka. To była dla nich praca - otrzymywali wynagrodzenie, może niezbyt duże. Każdy Rodzinny Dom Dziecka utrzymywał ok. 5-8 dzieci. Organizowałam im rodzinne wakacje w lecie. Naprawdę, często zdażało się, że nawet małe dzieci kradły - pomimo, że nie miały powodu by to robić. Godzinne tłumaczenia kończyły się nijako. Niby zrozumieli, ale następnego dnia robili to samo. Potrafili zdemolować pokoj w ośrodku z bliżej sobie i innym nie znanych przyczyn. Rodzice ci często mieli również swoje dzieci, które były bite przez te z Domu Dziecka. Jak tu można nie wiązać tego z genami. Obecnie są tylko sieroty społeczne z rodzin naprawde patologicznych. Żadna normalna matka nie opuści swojego dziecka nawet gdyby miała problemy finansowe.
- Jestem a raczej chciałbym być w przyszłości ojcem adoptowanego dziecka ( procedura w toku ) i zszokował mnie artykuł ale i też niektóre komentarze. Mam nadzieję a nawet jestem pewny , że mimo genów (modne w ostatnim czasie dzięki min. owieczce Dolly) o których w artykule mowa w moim przypadku będzie wszystko dobrze. Moje pragnienie bycia ojcem jest bardzo duże, a dziecko które zaadoptuję będę kochał tak jak kochał mnie mój ojciec. Trzeba być dobrej myśli i mieć ufność w Bogu.
- Adopcja, szczególnie gdy ukrywa się prawdę przed dzieckiem, zmienia się jego nazwisko - jest dla mnie oszustwem. To zawsze jest okryte strachem, niepewnością. Zresztą polskie społeczeństwo jest nietolerancyjne dla adoptowanych dzieci - i to powinniśmy zmienić. Lepszą formą, jest rodzina zastępcza, dziecko wie że miało inną mamę, jest uczone przebaczenia dla niej i zrozumienia dla środowiska w jakim sie urodziło. Sam jestem rodzicem zastępczym i wiem, że jest to trudniejsze od adopcji, ale uczciwsze, i dziecko nie jest moją własnością, i sam nie oczekuję specjalnej wdzięczności. Dlatego do Pani redaktor mam prosbę by pomogła w propagowaniu w Polsce idei rodzicielstwa zastępczego, choćby poprzez kontynuację słusznej akcji - Zamknijmy domy dziecka...
- To jest fakt i nie trzeba długich studiów aby to wiedzieć. Tylko co z takimi dziećmi zrobić? Zawsze jest ryzyko gdy się stosuję witaminę M każdego rodzaju. Jak ktoś jest nawet genetycznie skrzywiony na złodzieja, czy prostytutkę, to co zapomnieć, zakopać w domu dziecka etc. Artykuł odbieram tak - wcześniej były modne inne poglądy, teraz takie stają się modne, można napisać można przeczytać i postraszyć. A życie sobie pójdzie dalej. Przerażające!!!
- Mam malutkiego adoptowanego synka , teraz staram się o siostrę dla Niego i nic mnie nie obchodzą opinie genetyków . Każdego dnia dostaję od mojego synka tak wiele milości , teraz wiem że to my mamy szczęście że go mamy a nie odwrotnie jak często od kogoś slyszę. Nie wiele teraz myślę o tym jaki będzie za kilka lat ale bez względu na wszystko będę Go kochać za to że jest a nie za to jaki jest.
- ...no właśnie. Facet który jest moim ojcem ponoć nie żyje, ale z ostatnich "doniesień" wiem, że grzebał po kubłach. I powiem wam coś drodzy Państwo; geny to silna i nieprzekraczalna bariera. Czuje to każdego dnia zmuszając sie niemal z bólem do "normalnych" zachowań. Wstawanie, punktualność, słowność itd... Czynności, które inni wykonują niemal mechanicznie. I co z tego że NIE CHCE taki być? W swoim zachowaniu codziennie przyłapuje sie na gestach i sposobach myślenia człowieka, o którym chciałbym zapomnieć. Rozumiem te mechanizmy, nie akceptuje ich i jednocześnie jestem niemal bezwolny w niektórych sytuacjach. Wychowanie według moich obserwacji może powiedzmy w 20% skorygować genetyczne uwarunkowania ale i z tą cyfrą chyba mocno przesadziłem... Rozumiem, że ten artykuł nie pomoże dzieciakom z domów dziecka. Ale adopcja nie powinna być też "upychaniem kota w worku". Niech ludzie decydujący sie na nią mają pełną świadomość zagrożeń jakie ona niesie ze sobą. W przeciwnym razie wzamian za jedno "uszczęśliwione".
- Zdaję sobie sprawę z trudności, wychowania, dziedziczenia a jednak ... gdybym nie urodzila malutkiej, ślicznej dziewczynki- to kolejnym krokiem w mojej dorosłosci byłoby zaadoptowanie dziecka. Właśnie dorosłość polega na świadomym dokonywaniu wyborów. A moim wyborem było macierzyństwo. Skoro dzieci "są nam wypożyczone od Boga" na kilkanaście lat (bo wiadomo, ze później same odchodzą), to cieszmy się i z tego krótkiego czasu. W kraju, w którym mieszkam (USA) pragnienie posiadania dziecka nie jest mniejsze niż w Polsce. I właśnie tutaj adoptuje sie dzieci, które często różnią się od rodzicow. Amerykańscy rodzice posiadają azjatyckie dzieci. Dlaczego w skośnych oczach dzieci odbija się radość? Bo wszyscy wiedzą, że adoptowane dziecko nie jest tym odrzuconym ( np. przez biologicznych rodziców ), ale jest WYBRANYM przez rodziców adoptowanych, którzy bedą je kochać, szanowac i rozumieć. I to się liczy w tej trudnej decyzji, jaką jest adopcja.
- Tylko raczej temperament, wpływ środowiska. Moja niepełnosprawna ciocia wraz z mężem adoptowali 28 lat temu dziewczynkę. Ciocia jako małe dziecko straciła rodziców i przebywała wraz z rodzeństwem w domu dziecka. Popełniła bład nie informując dziecka, o tym ze jest adoptowane. Problemy zaczęły się gdy dziewczynka się dowiedziała. Była wtedy dorosła. Wyprowadziła się z domu. Wróciła z przeprosinami po 2 latach. Tyle czasu potrzebowała by zrozumieć, że więzy emocjonalne są ważniejsze niż więzy krwi. Odnalazła swoich zapijaczonych rodziców. Nie chce ich znać. Twierdzi, że ma rodziców. Skończyła studia, wyszła za mąż za porządnego człowieka i teraz oczekuje dziecka. Jej relacje z rodzicami, są bardzo bliskie. Znam jeszce jeden przypadek szczęśliwej adopcji i wielkich problemów z jednym z dzieci w "normalnym" domu. Może problem polega na tym, że każdy ma coś przeznaczone i my nic nie możemy na to poradzić, może właśnie ta bezsilność jest najgorsza?
- Za pare tygodni lecę do Chin aby odebrać swoją adoptowaną córkę... Nic nie wiem o jej "przeszłości" poza tym, że zostala znaleziona na progu sierocińca. W kocu, w którym była owinięta leżał kawałek papieru z jej imieniem oraz "przybliżona" data urodzin... Kim są jej rodzice? Skąd pochodzi? Dlaczego została porzucona? Tego nigdy się nie dowiem... Na jakiego człowieka wyrośnie? Tego też nie wiem... Wiem jedno, ze postaram się, przede wszystkim, obdarować ją miłością i cierpliwością. Wiem, że nigdy nie będę myśla o niej jako o "obcym" dziecku... Adopcja to bardzo personalna decyzja. Nie robimy tego dla znajomych, przyjaciół, dla rodziny, dla zdobycia popularności lub też dla podkreślenia "zobacz, jak ja muszę cierpieć.". Adopcja nie jest tez wypożyczeniem dziecka na pare lat, nikt nie wystawia nam kwitu ani też nie wypisuje gwarancji na X lat... Nie możemy zwrócić dziecka uznając, iż okazało się towarem uszkodzonym... Uważam, że wszelakie narzekanie na dzieci adoptowane i zwalanie winy za to kim są na ich geny jest wygodnym tłumaczeniem kłopotów, z którymi nie możemy sobie poradzić. Nie uczmy adoptowanych dzieci żyć wg formuły: "jestem taki (taka) bo jestem adoptowany..."
- niestety bywa różnie i dlatego nie odważyłabym się zaadoptować dziecka, to w końcu czyjeś, nie moje, a gdyby okazało się, że ma fatalne cechy, wynikające z genów byłabym wściekła na siebie, nigdy nie wiemy co siedzi w dzieciaku, nie jest czystą kartką, którą można zapisać jak się chce. Może to bezlitosne, ale nie lubię dzieci, więc nie będę się litowała nad tymi z domów dziecka. Mimo to wszystkim którzy decydują się na adopcję życzę powodzenia.
- Moje własne dziecko też nie chce się uczyć i sprawia wiele problemów, których nie sprawiałam ani ja ani jego ojciec. I co z tego? I tak je kocham, a co będzie robić w życiu czas pokaże. Każde dziecko jest ryzykiem - i to własne, i to adoptowane. Dom dziecka jest jednak najgorszą instytucją.
- Po przeczytaniu tego artykułu można by stwierdzic, ze z każdego zaadoptowanego dziecka wyrasta złodziej, prostytutka, itp... A to przecież nieprawda. Wychowując własne dziecko tez nie mamy pewności na kogo wyrośnie. Przecież dzieci mające własną rodzinę też popadają w konflikt z prawem i nie mam tu na myśli rodzin patologicznych. W agencjach towarzyskich tez nie pracują wyłacznie kobiety, byłe mieszkanki domów dziecka. Byłam teraz na obozie z dziećmi z domów dziecka i to są całkiem normalne dzieci. Obserwowlam je przez trzy tygodnie przez całe dnie i one tylko tym różnią się od zwykłych dzieci, że są bardziej dorosłe i bardziej "uodpornione na życie". Takie dzieci trzeba wychowywac normalnie i nigdy się nad nimi litować czy traktować ich inaczej ztego względu, że są z domu dziecka. Na koniec chcę jeszcze dodać, że moja sąsiadka zaadoptowała dziewczynkę w wieku czterech lat. Teraz kończy liceum i jest całkiem normalną nastolatką. W przyszłości sama chciałabym zaadoptować dzieci z domu dziecka.