Ludzie mali, ludzie najmniejsi
Ludzie mali, ludzie najmniejsi
Kiedy razem z wszystkimi wspominam przeżycia związane z dwudziestoleciem pontyfikatu, w tej warstwie, gdzie mieszczą się doznania zupełnie subiektywne i dla innych może w ogóle nieważne, odnajduję dwa obrazki, czy może dwie sceny ułamkowe, jedną znaną tylko z przekazu telewizyjnego, drugą przeżytą osobiście. Ta pierwsza to postać Jana Pawła II na skraju wybrzeża w tym porcie afrykańskim, skąd przez parę wieków odpływały do obu Ameryk transporty niewolników. Papież chylący się pod brzemieniem starej, straszliwej historii zbrodni popełnianej przez białych, za którą teraz wyraża najgłębszy, zupełnie osobisty żal. A wspomnienie własne, to pierwsze spotkanie Jana Pawła II z chorymi podczas pierwszej pielgrzymki do ojczyzny, i płacząca obok mnie poraniona kobieta, którą energiczniejsza pątniczka w ostatniej chwili odepchnęła, żeby na siebie przejąć dotknięcie papieskiej ręki, tak przez chorą upragnione. W dyskusjach o dwudziestoleciu pontyfikatu wciąż wraca pytanie o to, co najważniejsze, tak w minionych dwudziestu latach, jak w przesłaniu papieża na nowe tysiąclecie. Dla mnie poza wszelką wątpliwością jest to właśnie człowiek najmniejszy, ten dla nikogo poza Głową Kościoła nie liczący się, nie godzien zauważenia, a w globalnym rachunku uczonych, polityków i twórców opinii element składowej nazywającej się już masą ludzką zbędną, nie do zagospodarowania, kłopotliwą tylko i taką, o której nie da się pamiętać. Ci właśnie ludzie stoją na wszystkich drogach papieskiego pielgrzymowania od samego początku. Inna rzecz, że tak jak tamta moja sąsiadka nieraz nie są w stanie się docisnąć. Ale jest dla nich miejsce i czas, nie zmienione od początku, choć wiemy na pewno, że to zamach roku 81 narzucił Ojcu św. rygory odsuwające go dalej, mnożące stróży, zabezpieczenia i rodzaje ochrony. Możni wszelakich szczebli i rodzajów mają dla siebie siłą rzeczy zabezpieczone miejsce i kontakt, bo kiedy Papież sprawuje funkcje publiczne u siebie czy na świecie, adresowane są one do wszystkich rodzajów rzeczywistości świata. Ale wreszcie, podczas każdego święta, podczas każdego wydarzenia, przychodzi też czas na ręce wyciągnięte z tłumu, na łzy zwykłych ludzi, których nawet kamera nie obejmie, na ważność najmniej ważnych.
Nieraz przychodzi myśl, czy ta właśnie, pojedyncza przecież i tak samotna misja papieska zdoła przeciwważyć te wszystkie nieludzkie tendencje dzielące żywych na takich, którym uwaga na pewno się należy i na tych drugich, "wykluczonych". Wszak wyścig mający z dobrych wyłonić najlepszego a z najlepszych owych już zupełnie wyjątkowych, nie ustaje ani na moment w każdej dziedzinie życia. I nawet bardzo dobra wola próbujących służyć człowiekowi paraliżowana jest co chwila albo przymusem okoliczności albo ich bezwładem. Wtedy ten mały i najmniejszy trafia na zamknięte drzwi, głuchy telefon, wzruszenie ramion, spojrzenie rzucane na zegarek zamiast na siebie i swoją biedę. Każdy dziennikarz ma szufladę tekstów i notatek odkładanych albo nie wykorzystanych, gdzie setka ludzkich spraw pozostaje przemilczana, bo nie starczyło miejsca albo ważność sprawy oceniona została jako nie wystarczająca. Czy zawsze słusznie? Ależ skąd. Także dlatego, że tak właśnie się złożyło. Już samo ustanowienie dni i godzin przyjęć jest przecież pośrednio i wyrokiem odrzucającym ludzi przychodzących nie w porę...
Ostatnio spróbowałam dzwonić do krakowskiego ośrodka adopcyjnego w sprawie wyjątkowo bolesnej (pisałam już o niej w lokalnym dodatku do "Gazety Wyborczej"). Okazało się bowiem, że półtoraroczny chłopczyk z nowohuckiego domu małego dziecka, który przez zbrodniczą nieuwagę opiekunki tragicznie zginął, nie tylko był od prawie roku sierotą pełnym, ale również zgłoszony był do ośrodków adopcyjnych by można było znaleźć mu rodzinę... Chciałam wypytać, jak to możliwe, że nie znaleźli się przez tyle czasu żadni przybrani rodzice, w kraju takim jak nasz, gdzie wciąż słyszy się na temat rodziny najpiękniejsze słowa i zdania. Ale cóż: pod odnośnym numerem usłyszałam jedynie zegarynkę, informującą, że w najbliższe dni ośrodek jest nieczynny (a i tak pracuje bynajmniej nie co dzień...)
To oczywiście niewiele by dało, dziecko nie żyje, a zginęło w męczarniach. W prasie jak dotąd, poza pierwszym komunikatem, milczenie. W opinii publicznej też. Człowiek najmniejszy, którego już nie ma. Domy małego dziecka postanowiliśmy likwidować już wiele lat temu. Ustawy adopcyjne mieliśmy doskonalić już wiele lat temu. Rodziny zastępcze wciąż planujemy tworzyć, ale tyle z tego wychodzi, iż nie dalej jak wczoraj słuchałam podawanej w TVP informacji, że podopiecznych zakładów dla dzieci liczy się w Polsce na 70 tysięcy. Czy zdołamy bodaj na przywitalny upominek dla Ojca św. w roku przyszłym przygotować nie jeszcze następne pomniki, lecz bodaj kilka więcej rodzin dla opuszczonych, jeden bodaj więcej dom dla ludzi, którzy dla nikogo nie są ważni?
Józefa Hennelowa
W tym momencie myślę na przykład o niezwykłym poświęceniu, z jakim niezliczeni rodzice opiekują się swoimi dziećmi; myślę o inicjatywach wielu rodzin, gotowych zająć się ofiarnie dziećmi niepełnosprawnymi, które przyjmują tymczasowo jako rodzina zastępcza lub adoptują. Kiedy rodziny karmią się obficie Słowem Bożym, dokonują się w nich cuda autentycznej chrześcijańskiej solidarności. Jest to najbardziej przekonująca odpowiedź dla tych, którzy uważają dzieci niepełnosprawne za zbędny ciężar albo wręcz za istoty niegodne tego, aby w pełni przeżyć dar istnienia. Opieka nad najsłabszymi i okazana im pomoc to świadectwa cywilizacji.
Jan Paweł II
votum separatum
Copyright Š by Tygodnik Powszechny
z przemówienie do uczestników kongresu Papieskiej Rady ds. Rodziny
4 XII 1999