Dzieci w Wioskach Dziecięcych -
"SOS Kinderdorf"
Idea Wiosek Dziecięcych zrodziła się w Austrii. Po II wojnie światowej Austriak Herman Gmeiner widząc wiele samotnych kobiet - wojennych wdów i masę osieroconych dzieci pomyślał, że można te dwa nieszczęścia ze sobą połączyć. Żeby było to łatwiejsze organizacyjnie, postanowił zebrać kobiety i dzieci w jednym miejscu. Zaapelował do swoich współobywateli, żeby każdy podarował na ten cel jednego szylinga. Odzew społeczny był bardzo szybki i wkrótce powstała pierwsza Wioska Dziecięca. Argument, który przyświecał Gmeinerowi przy zakładaniu pierwszych Wiosek już od dawna w naszej części świata jest nieaktualny. Tymczasem cały czas powstawały i nadal powstają Wioski oparte o ten pierwszy model, tzn. tworzy się rodziny z założenia niepełne - bez ojca.
Moja droga do wioski
O tym, że powstaje Wioska Dziecięca w Biłgoraju dowiedziałam się z prasy jesienią 1982 roku. Pracowałam wtedy jako nauczycielka geografii w jednym z warszawskich liceów. Koleżanka pokazała mi artykuł mówiąc, że to coś dla mnie. Prawie natychmiast pojechałam do Zamościa, żeby zasięgnąć języka u źródeł i zorientować się, na ile samodzielności w procesie wychowawczym mogę liczyć. Trzeba pamiętać, że mówimy o wczesnych latach 80-tych, kiedy w palcówkach państwowych obowiązywały jedyne słuszne metody wychowawcze. Wracałam do domu pewna, że w to wchodzę. Na apel zgłosiło się ponad 200 kobiet. Organizatorzy zapraszali na rozmowę każdą z nich, potem jeszcze odwiedzali ją w miejscu zamieszkania. Po drodze były testy, szkolenia, rozmowy i jeszcze raz rozmowy. Ostatecznie z tych 200 kobiet do pracy w Wiosce zakwalifikowano dziewięć. Z dziećmi po raz pierwszy spotkałyśmy się na koloniach w lipcu 83 r. Kolonie były tak pomyślane, żeby rodziny w miarę możliwości tworzyły się samorzutnie, na zasadzie doboru naturalnego. Oczywiście, obowiązywały pewne reguły, z których najważniejsza dotyczyła nierozdzielania rodzeństw. Ja zaczynalam z pięciorgiem dzieci. Były to dwa rodzeństwa: 2 i 3 osobowe. Po roku do 3 osobowego rodzeństwa doszlo jeszcze dwóch braci - jeden z nich urodził się, kiedy Wioska już istniała i kiedy do nas przyszedl był 7- miesięcznym niemowlęciem.
Rzeczywistość wioski
Od początku było bardzo ciężko. Wszyscy nayczyliśmy się nowej rzeczywistości, także organizatorzy. Większość matek nigdy samotnie nie prowadziła dotnu, a przez pierwsze miesiące nie miałyśmy nikogo do pomocy. Jednym z problemów i to całkiem niemałym, była powierzchnia domów (250 m2). Samo sprzątanie tego - to był koszmar. Często byli goście,nie chciałyśmy się wstydzić. Ale przede wszystkim musiałyśmy nauczyć się naszych dzieci.
Wiedziałam, że na początku będzie bardzo trudno, ale potem będzie coraz łatwiej i na pewno sobie poradzę.
Kiedy zaczął się rok szkolny, pojawił się następny problem: dzieci były strasznie opóźnione w nauce. Były 12 -letnie dzieci, które czytały, składając wyrazy po literach, bez rozumienia tekstu. Zderzyłyśmy się więc z problemami, o których nas uprzedzano, ale o skali tych problemów nie miałyśmy w gruncie rzeczy pojęcia. Już wtedy było widać, że niektóre dzieci zrobią wszystko, żeby nie zrezygnować z dotychczasowych przyzwyczajeń.
Po 2-3 latach od powstania Wioski zaczęły się problemy okresu dojrzewania u najstarszych wychowankow i nie da się ukryć, że matki przestaly sobie z tym radzić. Dzieci demonstrowały niezależność, wyłamywały się spod kontroli, upijały się, zaczęły się pierwsze poważne ucieczki z domów. Nie radzili sobie z tymi problemami też, ani ówczesny dyrektor Wioski ani pedagog, bo nie mieli autorytetu u dzieci. Czasem wydaje mi się, że najlepszy kontakt z chłopcami miał wtedy nasz wioskowy konserwator. Mówiąc wprost: kiedy zaczęły dorastać pierwsze dzieciaki i kiedy nikt z nas nie wiedział, jak nad nimi zapanować, Wioska zaczeła sie "rozłazić".
Brak ojca
Idąc do Wioski myślałam, że jeśli pozbawionemu opieki dziecku nie można dać obojga rodziców, a można dać matkę, to należy to zrobić. Dziś uważam, że do końca trzeba stawiać sobie pytanie, czy rzeczywiście nie można dać obojga rodziców. Wiem oczywiście, że w przypadkach skrajnej patologii pełna rodzina zastępcza też bywa bezradna, ale na pewno jest większą szansą.
U dzieci, które wychowuję obserwuję wiele reakcji i zachowań sygnalizujących potrzebę odwołania się do męskiego autorytetu.Niektóre mówią o tym wprost i szukają tego autorytetu poza domem (np. wśród nauczycieli). Mój 27-letni już syn, od dwóch lat żonaty, mieszkający poza domem, jeszcze dzisiaj z trudnymi sprawami idzie do swojego nauczyciela z technikum. Ja też o nich wiem, ale nie zawsze pierwsza. W ogóle chłopcy (a mam ich w przewadze) woleliby bardziej o wielu sprawach rozmawiać z mężczyzną, niż ze mną, zwłaszcza kiedy przestają już być chłopcami. Przeżywamy teraz taki czas, chłopcy dojrze- wają i nie jest to łatwy okres, ani dla nich, ani dla mnie, ani dla nas razem.
Ludzie pytają czasem, skąd ten pomysł,żeby bez ojca. Sama przed laty zadałam takie pytanie organizatorom. Usłyszałam wtedy m.in.,że w Polsce 50% Rodzinnych Domów Dziecka rozpada się dlatego, że mężczyźni nie wytrzy- mufą napięć związanych z wychowywaniem trudnych dzieci. Często jest to nie tylko dramat placówki, którą prowadzili małżonkowie, ale dramat ich osobisty, bo z powodu tych napięć rozpada się ich własna rodzina. Jest to chyba problem miłości bezwarunkowej, do której kobieta ze swej natury jest bardziej zdolna.
Samotna matka
Ale samotne wychowywanie dzieci jest bardzo trudne, szczególnie jeśli chodzi o dzieci, których się nie urodziło. Istnieje ogromna pokusa, żeby szukać usprawiedliwienia dla własnych braków i zaniedbań w naturze tych dzieci i żeby zaniedbania w tym, co najważniejsze, usprawiedliwia zabieganiem i zmęczeniem. Moje dzieci same mi uświadamiały, że moje możliwości są ograniczone. Po kolei, każde na swój własny sposób ukazywało mi, że nie można z nimi postępować ściśle według z góry zarysowanego planu. Każdy dzień to podejmowanie procesu wychowawczego na nowo. Chodzi tu o taką zdrową czujność, która jest wsłuchiwaniem się w ich potrzeby. Chyba mogę powiedzieć, że dzieci nauczyły mnie pokory. Zresztą uczą cały czas.
Getto
Tego słowa na określenie Wioski Dziecięcej użyła matka prowadząca Rodzinny Dom Dziecka. Rozmawiałam z nią przed podjęciem ostatecznej decyzji. Mocne słowa, ale w jakimś sensie oddające wioskową rzeczywistość. Wioska jest wprawdzie otwarta na szeroko rozumiane kontakty ze środowiskiem, dzieci chodzą do normalnych publicznych szkół, ale większość z nich wstydzi się swojej sytuacji. Kiedy dorosną - nawet po latach - niechętnie przyznają się do swojej wioskowej przeszłości. Poza tym w Wiosce na małej przestrzeni skupia się ogromna ilość problemów, dzieci wioskowe sporą część czasu wolnego spędzają we własnym gronie, ulegają wzajemnym wpływom, niestety, często demoralizują się nawzajem.
W Polsce istnieją trzy Wioski Dziecięce. Najmłodsza powstała w Siedlcach. Tam tuż obok Wioski wybudowano 3 - skrzydłowy budynek z przeznaczeniem na Dom Samotnej Matki, klasyczny Dom Dziecka i Dom Starców. Trzy, a nawet cztery w jednym to dopiero jest pomysł rodem z niedobrej bajki. I jak tu obronić się przed skojarzeniami z gettem?
Donikąd
W ostatnich latach wprowadzono kolejne zmiany w najstarszej polskiej Wiosce w Biłgoraju, a które ostatecznie spowodowały, że odeszłam z dziećmi z tej placówki. Najistotniejsza dotyczyła konieczności przechodzenia dzieci kończących szkołę podstawową do Domu Młodzieży. Dom Młodzieży jest to istniejąca od kilku lat w Lublinie placówka, która ma przygotować wioskowe dzieci do samodzielności.
15-letnie dziecko, obojętnie łatwe czy trudne, wyrwane z domu, w którym wychowywało się nierzadko od pieluch, wyrwane najczęściej wbrew własnej woli (tylko dlatego, że taki jest model wychowawczy w SOS Kin-derdorf), reaguje buntem i nie ułatwia życia nowym wychowawcom. Nie można też przemilczeć faktu, że dziecko odchodzące do Domu Młodzieży w praktyce traci dom w Wiosce, bo na jego miejsce przychodzi nowe dziecko. Dziecko musi mieć miejsce na ziemi. Miejsce, które da mu poczucie bezpieczeństwa. Nie może żyć w stresie wywołanym koniecznością przedwczesnego usamodzielniania się, perspektywą odejścia donikąd. Oczywiście są dzieci, które spieszą się do tej samodzielności, szukają łatwych sposobów na życie, nie chcą się uczyć, potem nie chcą pracować. Są i wcale nie jest ich mało. Znam ten problem z autopsji. Dwoje moich usamodzielnionych na własne życzenie dzieci żyje byle jak. Ten problem boli i trudno jest uszanować taki wybór, ale rozwiązanie nie może być narzucone z góry.
Co zrobić?
Co więc można zrobić dla dzieci, które żnych względów nie trafią do adopcji, a ych nie mogą wychowywać naturalni rodzice? Adopcja nie jest jedynym - chociaż najlepszym - sposobem zapewnienia dzieciom pełnej rodziny. Są jeszcze Rodzinne Domy Dziecka prowadzone przez małżeństwa. Argument, że mężczyźni nie wytrzymują, można odwrócić i powiedzieć, że 50% jednak wytrzymuje! Może po prostu trzeba położyć większy nacisk na weryfikację zastępczych rodziców, szukać ludzi o właściwych predyspozycjach. Ludzi, którzy potrafią się zmierzyć z trudnymi sytuacjami i trudnymi dziećmi. Przede wszystkim takich, którzy zechcą te dzieci pokochać. I trzeba to ich powołanie docenić. Mam tu na myśli konieczność zasadniczej korekty budżetu przewidzianego dla Rodzinnych Domów Dziecka. Ten budżet jest żenująco niski, toteż żeby dom funkcjonował na przyzwoitym poziomie, rodzice muszą się nieźle nagimnastykować i odbywa się to kosztem dzieci.
Trzeba robić co się da, żeby dzieci żyły w możliwie najbardziej normalnej rodzinie. Tam mają największe szanse na resocjalizację, a więc i na normalne dorosłe życie. Dla każdego dziecka dar życia powinien być szansą na godne życie.
Od redakcji
We wrześniu 1997 roku pani Barbara wyprowadziła się z Wioski Dzieciccej w Biłgoraju. Zabrafa ze sobq sześcioro dzieci. nad którymi sprawuje opiekę prawne i stworzyła z nimi Rodzinny Dom Dziecka. Przez rok i cztery miesiące mieszkali w ciasnym, wynajętym mieszkaniu. Na początku o własnym domu nawet nie myśleli - nie mieli pieniędzy. Sytuacja uległa zmianie, gdy pojawiła się w Biłgoraju okazja kupna na raty domu w stanie surowym. Pierwsze 30 tys. złotych na jego remont przekazał Tomasz Polkowski, prezes Fundacji "Nasz Dom". Pani Barbara pożyczyła od przyjaciół pieniądze i zaciqgnęła kredyt w banku. Dzieci zarobiły 20 tys. złotych podczas pierwszej aukcji swoich rysunków. Grono zaprzyjaźnionych osób organizowało różnorodna pomoc i w ten sposób cała siódemka mogła już od 16 grudnia 1998 r, zatnieszkać w swoim domu. Na parterze znujduje się duży pokój, przestronna kuchnia z jadalnią i mały pokoik, na piętrze łazienka i cztery sypialnie.
Dom wymaga jeszcze wielu prac, ale już jest, a to się liczy najbardziej. Dla pani Barbary i dla jej dzieci największym atutem nowej sytuacji jest po pierwsze to, że sa razem, po drugie, że obecniee nie żyją już w zamknięciu, na jakie Wioska ich niejako skazywała.
z Barbarą Cwaliną
rozmawiała Jolanta Próchniewicz
WRZESIEŃ - PAŹDZIERNIK 2000 r. GŁOS DLA ŻYCIA
"Głos dla Życia"
Magazyn Służby Życiu i Rodzinie
Fundacja "Głos dla Życia"
ul. Forteczna 3;
61-362 Poznań
glos@prolife.org.pl
tel. (0-61) 653 03 91
Magazyn - Głos dla życia;