Wszystkie dzieci Wiśniewskich
Aleksandra Jasiczak
źródło: Dziennik Łódzki
Wiśniewscy z Kluk nie mówią o powołaniu czy szczególnej miłości do dzieci. Postanowili po prostu, że tymi, którym domu zabrakło, będą się opiekować
Kubę i Wiktorię matki pozostawiły zaraz po urodzeniu na szpitalnym oddziale. Rodzina Mateusza, podobnie jak Igi, nie wypełnia swej roli tak jak powinna. Zamiast do domu dziecka maluchy trafiły do rodziny w Klukach.
- Ogłoszenie o poszukiwaniu rodzin, które chcą pełnić funkcję pogotowia opiekuńczego, zobaczyliśmy przypadkiem w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie - mówi Zbigniew Wiśniewski. - Porozmawialiśmy, trafiliśmy na szkolenie. Mówiono nam o plusach i o minusach. Ciężko było się zdecydować - dodaje.
Wahali się długo. Decyzja w końcu zapadła. Ich dom miał się stać domem dla dzieci, którym go zabrakło.
Funkcję pogotowia opiekuńczego - jednego z dwóch działających na terenie powiatu - pełnią od ponad roku. Przez ten czas trafiło do nich sześcioro dzieci. Pierwszy był Błażej, mieszkał krótko - tylko trzy tygodnie, potem trzyletnia Iga - ufna, mała gaduła. Był też Kuba - porzucony na szpitalnym oddziale tuż po urodzeniu. Do niego przywiązali się najbardziej. Od dziewięciu miesięcy w domu w Klukach mieszka Mateusz - półtoraroczny, żwawy blondynek. Od dwóch tygodni Wiśniewscy opiekują się Wiktorią, którą podobnie jak Kubę matka zostawiła po urodzeniu w szpitalu.
Dwaj synowie Wiśniewskich, czteroletni Albert i dziesięcioletni Bartek, jak twierdzą rodzice, zazdrośni nie są. Tylko Albertowi wciąż od nowa trzeba tłumaczyć, dlaczego Mateusza nie ma domu.
Ciocia jak mama
- Gdy przyjeżdżają do nas dzieci z interwencji (sytuacja kryzysowa w rodzinie, która wymaga zabrania dziecka - dop. red.) najgorsze są pierwsze godziny, pierwsze dni - mówi Zbigniew Wiśniewski. - Dzieci są zaniedbane, wystraszone, chore. Trzeba zawieźć je do lekarza, kupić ubrania, bo nie zawsze mamy w domu odpowiednie.
- Mateusz od razu trafił do szpitala z zapaleniem płuc - dodaje Agnieszka Wiśniewska. - Podobnie było z dziewczynką, którą opiekowaliśmy się wcześniej. Była bardzo zaniedbana, w szpitalu przeleżała miesiąc.
Dzisiaj Mateusz ma półtora roku i wyraźnie preferuje wujka. - To naprawdę mądry chłopiec - mówi Zbigniew Wiśniewski. - Czasami aż zbyt bystry. - Rozrabia - dodaje jego żona.
Z Mateuszem były na początku kłopoty. Bał się, krzyczał, płakał. Uspokajał się dopiero, gdy był zamykany sam w pokoju. - Tak został nauczony - mówi Agnieszka Wiśniewska. - Dopiero po pewnym czasie udało nam się go od takiego zachowania odzwyczaić.
Sytuacja prawna Mateusza nie jest uregulowana. Nie wiadomo, czy za kilka miesięcy nie wróci do prawdziwej rodziny. Mama zabrała Mateusza na Boże Narodzenie. Na tym jej kontakt z synem się zakończył. Choć A. Wiśniewska nazywa siebie ciocią, tak naprawdę Mateusz za mamę uważa właśnie ją. Słyszy jak zwracają się do niej jej synowie.
Rozstania czasami bolesne
- Nie musimy wszystkich dzieci kochać, to nie o to chodzi - mówi Agnieszka Wiśniewska. - Okazujemy im czułość tak jak swoim dzieciom, opiekujemy się nimi.
Jak przyznaje, przez kilka miesięcy rodzina do maluchów przywiązuje się i przyzwyczaja. Rozstania bywają bolesne.
Tak było, gdy po dziewięciu miesiącach odchodził od nich Kuba. Przywieźli go ze szpitala, gdy miał dwa tygodnie.
- Człowiek wychowuje takie dziecko jak swoje, przytula, wstaje w nocy - mówi Agnieszka Wiśniewska. - Oddanie Kuby przeżyliśmy strasznie. Tak bardzo, że przez długi czas baliśmy się wziąć kolejnego noworodka.
Z Kubą mają kontakt. Trafił do rodziny zastępczej, z którą razem chodzili na szkolenia. Zbigniew Wiśniewski został ojcem chrzestnym chłopca.
Teraz od dwóch tygodni opiekują się Wiktorią. Dziewczynka ma dopiero miesiąc. Synowie Wiśniewskich zazdrośni nie byli, gdy pojawiła się w ich domu. Zazdrosny był za to Mateusz.
Za dziećmi, które odchodzą, tęsknią nie tylko opiekunowie, ale też i ich synowie.
- Albert bardzo przeżył, gdy odeszły dziewczynki. Bawił się z nimi i dogadywał bardzo dobrze. Teraz ma Mateusza i jest w swoim żywiole - opowiada mama chłopca. - Dzieci, zarówno nasze, jak i te, którymi się zajmujemy, o wiele lepiej rozwijają się, gdy są razem.
O urlopie nie ma mowy
Każdy dzień jest poukładany i zorganizowany. Taki być musi. Agnieszka Wiśniewska z czwórką dzieci jest do południa sama. Mąż pracuje. O samodzielnym wyjściu na spacer nie ma mowy.
- Wiktoria w wózku i dwaj mali, ciekawi świata chłopcy. Nie poradziłabym sobie - odpowiada.
Gdy trafiły do nich pierwsze dzieci, sąsiedzi z osiedla się dziwili. Myśleli, że je adoptowali. O pogotowiu opiekuńczym mało kto wówczas słyszał. Teraz nikt już się nie dziwi, gdy nagle wychodzą na spacer z noworodkiem.
Gdy przyjeżdża maluch, rodzina jest ciekawa. - Przychodzą oglądać, tak jakby to był nasz syn czy córka. Dziadek, gdy dzwoni, pyta nie tylko o wnuczków, ale o Wiktorię i Mateusza też - opowiada Agnieszka Wiśniewska.
Minusy tak nietypowej pracy? - Nie ma minusów - mówią. - Ciężko się było zdecydować, ale odkąd decyzję podjęliśmy, nie żałujemy jej - dodaje Zbigniew Wiśniewski. - Może tylko to, że nie możemy sobie wziąć urlopu. Jesteśmy przywiązani do domu. Nie ma mowy o dalszym wyjeździe, chyba że mielibyśmy do dyspozycji autobus, by wszystkich zmieścić - śmieje się.
***
Na terenie powiatu bełchatowskiego funkcję pogotowia opiekuńczego pełnią dwie rodziny. Przyjmują dzieci, które nie mają dostatecznej opieki w swych domach. Pogotowie jest alternatywą dla domów dziecka. Opiekę nad nim pełni Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie, które też wypłaca rodzinom wynagrodzenie. Dzieci w pogotowiu przebywają do 15 miesięcy. Potem trafić mogą do swych własnych domów, jeśli sytuacja się w nich poprawi, rodzin adopcyjnych lub zastępczych. Tych ostatnich w powiecie jest ponad 80, a przebywa w nich 110 dzieci.
Rozpowszechnienie idei rodzin zastępczych i adopcyjnych, a tym samym pomoc dzieciom opuszczonym w znalezieniu nowego domu to główne cele akcji "Szukam domu", która wkrótce rozpocznie się także w Bełchatowie. Zainicjowało ją Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom "Misja Nadziei". Na terenie powiatu prowadzić ją będzie m.in. Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie i słuchaczki Policealnego Studium Pracowników Służb Społecznych w Łodzi, które się do niej przyłączyło.
W czerwcu bełchatowskie PCPR organizować będzie dni otwarte i spotkanie z rodzinami zastępczymi. W kwietniu ma się rozpocząć akcja informacyjna.
Aleksandra Jasiczak