Dzieciństwo za uśmiech


 

Ch.S.P.D. "Misja Nadziei" prezentuje jedną z rodzin zastępczych, rodzinę państwa Arletty i Dariusza Wujciuk. Ich losy, bliski kontakt, szczególnie Arletty z problemem sieroctwa społecznego, sprawiły, że obecnie są sporym zachęceniem dla innych, którzy podjęli się trudu rodzicielstwa zastępczego.

Bawiłam się z dziećmi w dwa ognie. Mirek był jednym z tych szczęśliwych dzieci, które mają w sobie tylko radość. Z beztroską na twarzy, cały zasmarkany, po prostu podszedł do mnie i mocno mnie przytulił. Pomyślałam, że może właśnie Mirkowi dam prawdziwy dom, że może właśnie tego chce ode mnie Bóg - opowiada Arleta Wujciuk, zastępcza matka czworga dzieci.

Małe, trzypokojowe mieszkanie w jednym z bloków na wojskowym osiedlu w Mirosławcu. W domu u Wujciuków radosny gwar: dzieci właśnie przygotowują deser. Co chwilę któreś wpada zaaferowane do pokoju, że deser już, już prawie skończony. Wreszcie z tryumfalnymi minami wnoszą salaterki pełne owoców i bitej śmietany.

Rodzice Arlety wychowali się w Domu Dziecka. Ojciec został później dyrektorem takiego Domu w Świdwinie. Dzieciństwo upłynęło jej na wspólnych zabawach, radościach i smutkach z wychowankami ojca. Tyle, że wieczorami wracała do domu, gdzie czekali na nią rodzice, a tamte dzieci miały na własność tylko marzenia. - Nawet nie wiedziałam, jak bardzo głodne są uczuć, które dziecko ma zapewnione w normalnej rodzinie - mówi Arleta. Uswiadomiłam to sobie dopiero podczas rozmowy z jedną z wychowanek, dziś ponad trzydziestoletnią kobietą. Okazało się wtedy, jak bardzo różne są nasze wspomnienia z tamtego okresu. Jest duża luka w jej pamięci z tamtych lat. Tak, jakby nieświadomie chciała zapomnieć o tym, co w jej życiu było dobre nie do końca.

Arletta sięgając do przeszłości zaczęła teraz patrzeć na Dom Dziecka oczami wychowanków, a nie córki dyrektora. Zrozumiała, dlaczego jej matka była tak bardzo zamknięta w sobie i tak trudno jej było okazać miłość. Dlaczego z bratem mieli za dużo zabawek, bo ojciec kupował im wszystko, o czym sam w dzieciństwie mógł tylko pomarzyć. To wyrobiło we mnie przekonanie, że Dom Dziecka sam w sobie jest złą instytucją, czymś patologicznym. Mąż Arlety, Dariusz, studiuje pedagogikę. Wie, że niekochane dziecko w dorosłym życiu nigdy nie będzie kochało tak, jak człowiek, któremu tej miłości zabrakło. - Nie mówię o litości. Litość jest złym i niepotrzebnym uczuciem - mówi Dariusz. - Mówię o współczuciu dla tych, którym na starcie poszczęściło się trochę mniej niż reszcie.

Pierwszy był Pawełek. Kilkuletni uroczy blondynek o przezwisku Buli. Przybiegł do niej umorusany prosto z piaskownicy. Przytulił się i zapytał: czy będziesz moją mamą? Arleta odrzekła, że nie jest jego mamą, tylko ciocią i poczęstowała go cukierkiem. Malec odszedł. - Wróciłam do Domu Dziecka kilka godzin później - wspomina Arleta. - Piaskownica była już pusta: starsze dzieci wróciły do lekcji, a młodsze do zabawek. Nie wiem skąd naszła mnie myśl, że może Bóg chce, żebym adoptowała Bulego. Nie było przecież żadnych przyczyn, dla których sami nie mogliśmy mieć dzieci. Broniłam się przed tą myślą, ale ... Drzemie w człowieku miłość, którą chętnie podzieliłby się z kimś innym. Potem długo nie widziała Pawełka. Okazało się,że wrócił do domu. Jego matka ciężko chorowała i właśnie na ten czas malec trafił do Domu Dziecka. Smutny jest fakt, że w domach dziecka jest coraz mniej prawdziwych sierot - dodaje Arleta. - Rośnie liczba sierot społecznych, których rodzice z rozmaitych powodów nie są w stanie z rozmaitych powodów wypełnić rodzicielskich obowiązków. Rzadko jednak któreś z dzieci wraca o określonym czasie do domu.

Rodzeństwo Z. trafiło do Domów Dziecka dwa lata temu, ze względu na trudną sytuację socjalną w rodzinnym domu. Czworo z nich umieszczono w Świdynie , najmłodszą, trzyletnią dziś Natalię, w Boninie. Kiedy postanowiliśmy z Darkiem, że wezmiemy Mirka na miesiąc wakacji, nie wiedziałam o jego rodzeństwie - opowiada Arleta. Dopiero pózniej, kiedy dojrzewałam do myśli, że chcę, żeby Mirek został u nas na zawsze, uświadomiłam sobie, że prawie nic o nim nie wiem. Okazało się,że ma jeszcze brata i dwie siostry. Powiedziała wtedy do Darka: albo dajemy sobie spokój i nie bierzemy żadnego, albo bierzmy czworo. Kiedy zaczęli starania o Mirka i jego rodzeństwo, dowiedzieli się jeszcze o Natalii.- W tej chwili zaszliśmy już tak daleko, że nie wziąść jeszcze tego piątego dziecka - mówi Darek.  Nawet wtedy, gdyby chciał je zabrać ktoś inny, walczylibyśmy o nie.

Tak samo jak walczli o zdrowie Mariusza. - Nikt nawet nie zauważył, że Mariusz powoli traci wzrok - opowiada Darek.  Wystarczył tydzień, by zaćma tak się posunęła, że chłopiec poruszał się po omacku. Próbowaliśmy załatwić mu operację w Centrum Zdrowia Dziecka. W końcu dlaczego tak słynny ośrodek, zwłaszcza po ostatniej akcji Jurka Owsiaka, nie miałby pomóc chłopcu z Domu Dziecka? Rzeczywistość okazała się bardziej brutalna. Ordynator najpierw poinformował dyrektora domu dziecka , że operacja odbędzie się dopiero we wrześniu, po czym zapytał: kto za to zapłaci? Był dopiero marzec, chłopiec zupełnie stracił wzrok i wtedy Wujciukowie chwycili się ostatniej deski ratunku. - Dzięki znajomościom i życzliwości innych ludzi dla Mariusza znalazło się miejsce w Szpitalu Wojskowym w Warszawie - opowiada Darek. Operacja na szczęście się udała. Chłopiec widzi na jedno oko. Mariusz nigdy wcześniej nie widział ani Arlety, ani Darka. Kiedy po operacji ordynator zapytał czy zna Arletę, odpowiedział przecząco. Zareagował dopiero na głos.

Przez pół roku niewidomy chłopiec chodził do szkoły razem ze zdrowymi dziećmi. - Uczył się za pomocą słuchu , jednak umiejętność czytania i pisania była dla niego nieosiągalna - mówi Arleta. - Czasami brakowało mu wiary: po co ja mam to odrabiać skoro i tak nie zdam? - pytał. Jednak udało się i otrzymał promocję. - Teraz przynajmiej ma szansę na normalny start wżycie - mówi Darek. W trakcie operacji okazało się , że jest to choroba genetyczna i taką samą operację przejdzie też najmłodszy Irek. - Będzie o tyle łatwiej, że Mirek dostanie już wojskową książeczkę zdrowia - wyjaśnia Darek.

Problemów nie brakowało także z mieszkaniem. - Poszedłem do dowódcy pułku, powiedziałem, że będę miał pięcioro dzieci i będę potrzebował mieszkania - opowiada Darek. - Nie stanowiło to dla niego najmniejszego problemu . M-5 znalazło się od razu. Jednak sprawa utknęła z powodu z powodu biurokratycznych zawiłości. Urząd mieszkaniowy wie o adopcji od kwietnia, ale to ich nie interesuje. Ważniejsze są przepisy . - Kiedy poszedłem do urzędniczki powiedziała, że dzieci nie mają jeszcze meldunku i trzeba będzie poczekać do 10 lipca. Musiałem jej powiedzieć, skąd nagle przybyło mi tyle dzieci. Nie liczyłem na litość, ale na zrozumienie.

Kiedy opowiadam, że adoptowałam dzieci, pojawia się mnóstwo zainteresowanych z pytaniami: gdzie się zgłosić i jak to załatwić - mówi Arletta. Jestem przeciwniczką robienia czegokolwiek na pokaz i wszelkiej sensacji, ale w tym przypadku nie chodzi o moje dobro, tylko o dzieci, które nadal pozostają w Domach Dziecka. - Zastanawiam się, dlaczego ludzie biorą dzieci z Domu Dziecka - mówi Darek. - Jeżeli ktoś to robi, bo one takie biedne itd., to niech lepiej od razu zrezygnuje. To tak samo jak małżeństwo: powinno się to robić przede wszystkim z miłości. I od początku do końca musi w tym być Bóg. - Dzieci nie są przedłużeniem życia rodziców - dodaje Arletta. - Nie staramy się poprzez nie nadrobić swojego straconego czasu ani zrealizować niespełnionego macierzyństwa czy ojcostwa. Dzieci nie są niczyją własnością

Żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjno-porównawczym - mówi Darek. - Iksiński nie pracuje dla siebie czy swoich dzieci, ale dlatego, by być lepszym od sąsiada z prawej strony i tego z lewej też. Igrekowski wysyła dziecko na lekarza bądź prawnika, a w najgorszym wypadku na ekonomistę, bo przecież musi być kimś. Dzieci z Domu Dziecka tracą już na starcie. Nie mogą być najlepsze, ponieważ nie mają poparcia w bogatych rodzicach. Mogą liczyć tylko na siebie, a często brak wzorców osobowych i motywacji sprawia, że wybierają drogę najprostszą z możliwych. - Większość wychowanków wybiera szkoły zawodowe, byleby tylko mieć zawód i pierwsze pieniądze, które znaczą dla nich tyle samo co niezależność - kontynuuje Arletta. - Rzadko które trafia do liceum,a studia są prawdziwym wyjątkiem. Przez dwadzieścia lat skończyło je zaledwie dwóch wychowanków z Świdwina. Nie wiem, jak wygląda sytuacja w rodzinach zastępczych. - Ale lepszy start w dorosłe życie to sprawa drugoplanowa - dodaje Darek. - Najważniejsze , żeby dzieci miały dom, gdzie jest mama i tata.

Arletta i Darek mają znajomych za granicą. - Tam problem adopcji jest czymś zupełnie normalnym - mówi Darek. - Ktoś kto ma lepszą sytuację, stara się pomóc tym, którzy mają gorzej. Tym bardziej dzieciom . Na zachodzie nie ma Domów Dziecka. Kiedy matka zrzeka się dziecka ustawia się kolejka.- U nas najpierw człowiek dąży do większego mieszkania, potem do lepszego samochodu, a później do wysokiego konta w banku. Dopiero na końcu uświadamia sobie , że gdzieś po drodze zgubił miłość.- W każdym człowieku jest potrzeba miłości - dodaje Darek . - Dlatego Bóg stworzył rodzinę, by miłość nie tylko otrzymywać, ale również się nią dzielić.

Nie porywamy się z motyką na słońce - zapewnia Arleta . - Myślę, że dużo zależy też od dzieci. Tylko one potrfią wyzwolić w człowieku potencjał, bez którego to wszystko nie byłoby możliwe. Dla mnie te dzieci są wyjątkowe. Potrafią zachwycić się tramwajem, ucieszyć się na widok motylka i podziękować za balon. Nie mają regałów pełnych klocków lego, ale są szczęśliwe. - Mówią do nas: ciociu i wujku - mówi Darek. - Mają świadomość tego,że rodzice żyją. Może za jakiś czas pojedziemy do nich. Ale ja nie widzę sensu tych odwiedzin, skoro ich zainteresowanie dziećmi jest takie, że nie przyszli nawet na sprawę adopcyjną. Dzieci zostały szybko zaakceptowane przez rówieśników z podwórka. - Może to ich bezpośredniość zjednuje im otoczenie ? - zastanawia się Darek. Przyzwyczaiłem się już , że często zaczynają rozmowę od słów: a jak byłem w Domu Dziecka ..., itd. W psychice ludzi z zewnątrz Dom Dziecka jest czymś, o czym nie mówi się głośno. Dzieci nie mają takich zachamowań.

- Mirek, gdzie jest twój dom ? - pyta Darek.
W Mirosławcu - odpowiada uśmiechnięty chłopiec.

napisała Agnieszka Morawska
"Pojezierze Wałeckie"

Poprzedni Home Następny