Dziecko osamotnione, czyli wyzute z rodziców



dr Andrzej Ładyżyński

wykład wygłoszony na IV Konferencji z cyklu "Człowiek - Rodzina - Wychowanie" pod tytułem "Chcę do mamy i taty..."
WAŁBRZYCH 22 maja 2004
zostaje umieszczony na stronie Misji Nadziei
z okazji X - jubileuszowej edycji akcji "Szukam domu..."

DZIECKO OSAMOTNIONE, CZYLI WYZUTE Z RODZICÓW

...przychodzimy na świat z bagażem własnego losu. To tajemnica początków życia; w którymś momencie zacząłem istnieć jako ten właśnie człowiek. Wtedy otrzymałem na drogę swój własny, niepowtarzalny los: jako możliwość i jako granicę. I w tej samej chwili to, z czym przyszedłem na świat, zostaje wprawione w ruch zapoczątkowując mój rozwój. Ten suwerenny rozwój jest zarazem źródłem szczęścia i udręk.

Jestem ocaleńcem. Przyszedłem nie w porę. Jak powiedział Jose Louis Martin Descalzo dzieje się tak dlatego ponieważ: ...w naszym świecie jest niestety wielu rodzicieli i zbyt niewielu rodziców. Nikt na mnie nie czekał, nikt nie pragnął, nikt nie szykował przyjęcia. Niechciany, niekochany, niczyj, najbiedniejszy z biednych, to właśnie ja. Od początku mojego życia targały mną silne emocje. I w dodatku były to emocje bardzo niewygodne. Przez cały okres ciąży mojej matki towarzyszyły mi: niepokój, gniew, frustracja, bezsilność, rozpacz, beznadzieja. I choć czas upływa, te afekty wciąż do mnie powracają. Są we mnie. Już w okresie prenatalnym doświadczyłem psychicznego odrzucenia. Rozważali, planowali a nawet próbowali mnie uśmiercić, jednak żyję. W czasie ciąży miałem się nie urodzić, matka, piła, paliła, skakała, aby mnie poronić. Byłem kompletnie odrzucony, to przekłada się na dalsze moje lata.

Jednak jestem szczęściarzem. Dzięki przypadkowi, może trochę dzięki lękowi, drobnej informacji człowieka życzliwego, pomocy współczującego - żyję. Przyszedłem w nieodpowiednim czasie, do nieodpowiednich ludzi. W tym zakresie zresztą nie jestem kimś wyjątkowym. Takich jak ja jest wielu. Jak sądzę większość dzieci przychodzi na świat w jakimś nieodpowiednim momencie. Stanowiłem dla rodziców zbyt duży ciężar. Tyle nie byli w stanie udźwignąć. To nawet nie była ich wina. Sami też za mało dostali od życia. Zbyt ubogi był ich potencjał energetyczny. Po moich narodzinach - jak to zwykle podobno bywa - nie było radosnych głosów w telefonie, ślących gratulacje, cieszących się, obsypujących prezentami, ale decyzją ludzi żyję, a to dużo, bardzo dużo. Zawiedli mnie rodzice, zdarza się, że i opiekunowie. Oddali mnie, albo pozbawiono ich władzy rodzicielskiej - dokładnie nie wiem. W każdym bądź razie skutek jest taki, że wyzuto mnie z rodziny. Nie ja zawiniłem, ale czuję się winny i to uczucie będzie mi towarzyszyć przez całe życie. Jeśli byli zbyt zdesperowani i przestraszeni mną, i tym wszystkim co się ze mną wiąże, to nawet potrafili mnie porzucić. Może jestem jednym z tych, o których pisała prasa: Znaleziono dziecko. Głodne i zmarznięte...Chłopczyk wygląda na około półtora roku. Włosy blond, proste. Oczy niebieskie, rzęsy długie. Nosek lekko zadarty. Pulchny, wesoły, nie boi się obcych. Ubrany był ... Przywiązany paskami w wózku typu spacerówka... Za porzuceniem dziecka leży często alkohol, bezradność, infantylność, brak miłości wobec porzucających już w ich dzieciństwie, depresja... Moi rodzice mogli być bez domu, bez pracy, bez środków do życia. Obrazy jakie pamiętam z najwcześniejszej przeszłości nie są pełne słońca, jakieś libacje, krzyki niepokój. Rodzinę znam tylko z relacji osób trzecich, jakby z akt sądowych.

Ale ja należę do tych, którzy przeżyli, a to przecież bardzo dużo. Willy Brainholst, autor zbiorku bestsellerów, poświęconych dziecku, w jednej ze swych książeczek zapytywał: Jak się masz mamo... Jak się masz tato... Jak się masz wszyscy! Książeczka promieniuje radością. We mnie nie ma tej wielkiej radości, ponieważ mogę zakrzyknąć głównie: Hej wszyscy. Bo nie widzę matki i ojca. A kim są owi wszyscy? Wszyscy to wielka zbiorowość, a może wszyscy to też nikt. Trochę podobnie jak w minionym ustroju, wszyscy byli właścicielami wszystkiego, nic w rzeczywistości nie posiadając.

Przeżywam coś, co we Francji nazwano kiedyś zespołem niedoboru opieki macierzyńskiej. Przeciwieństwem tego stanu jest matkowanie. A przy mnie nie ma nikogo, kto by mnie znał, wiedział dobrze co czuję, co przeżyłem. Nawet ci co mnie znają, mają tylko obraz niewielkiego wycinka rzeczywistości. Będąc niemowlęciem, delikatnym, nieporadnym i bezbronnym, samo sobie nie potrafię poradzić, mogę tylko wołać o pomoc, odmawiać kontaktu z otoczeniem i przyjmowania pokarmu. By istnieć muszę być chroniony, żywiony i kochany, przede wszystkim przez matkę. Co musi się ze mną dziać, gdy matka jest zbyt pochłonięta sobą, swoimi myślami, kłopotami, gdy na moje potrzeby reaguje gniewem i agresją? Co się dzieje, gdy wokół mnie atmosfera konfliktów, gdy jestem świadkiem gwałtownych scen? W tych warunkach zaczynam się bać, ogarnia mnie strach i uczucie osamotnienia. Widząc, że nie jestem kochany, a więc niechciany, zaczyna mi się wydawać, że jestem zły. Myślę sobie, że jestem wszystkiemu winny, że jestem powodem całego tego zła. Powstaje we mnie negatywny obraz samego siebie, rodzi się poczucie jakiejś wielkiej winy.

Jestem wrażliwy, potrzebuję miłości, czyli by pokazywano mi, co we mnie piękne i wartościowe, by cieszono się moją obecnością, by spędzano w moim towarzystwie czas. Cierpię, gdy moje pragnienie bliskości pozostaje bez odpowiedzi, lub kiedy istniejąca już bliskość nagle się urywa. Kiedy więzy porozumienia są zerwane, pozostaje lęk, osamotnienie i przerażenie. Ginie zaufanie do samego siebie. Wszystkie te rozterki są dla mnie zbyt wielkim ciężarem. Moje sprzeczne uczucia połączone z lękiem i poczuciem winy są nie do zniesienia. Muszę o nich zapomnieć, zdławić je, ukryć w podświadomości, otoczyć jakimś murem. Odcinam się więc od swoich zbyt bolesnych wrażeń. Próbuję przez wiele lat wypełnić świadomość inną rzeczywistością, by zapomnieć i móc żyć. Ale choć zdławione, sprzeczności i cierpienia te tkwią nadal w głębi mojej jaźni, są zakodowane w moich tkankach i w mózgu.

Jestem całkiem zależny. Mogą ze mną uczynić co zechcą. Kręci się koło mnie kilka pań: pełnych troski, sprawnych i profesjonalnie robiących, co do nich należy. Ja natomiast pragnę czegoś więcej, pragnę symbiozy, wyłącznego związku. Potrzebuję kogoś na własność. Ludzi jest dość, ale nie ma nikogo tylko dla mnie. Nie mam człowieka, człowieka dla siebie, tylko dla siebie.

Jeśli jestem chory mam problem by znalazła się rodzina, która mnie zechce. Do adopcji - mówią o mnie - się na nadaję, bo kto weźmie takiego z łysieniem plackowatym, niskim ilorazem inteligencji, niezbyt urodziwego, po przejściach, z takiej rodziny? Kto zdecyduje się na mnie? Ja też mam w sobie wielką tęsknotę za kochającymi rodzicami i za domem. A oto głos 11-letniego chłopca pochodzącego z takiej jak moja rodziny posłanego do adopcji. Przytoczona tu relacja jest jedną z niewielu znajdujących swe odbicie w prasie. Ukazuje ogromne pragnienie dziecka do życia w rodzinie. Z takich fragmentów można wiele wnioskować. Dziecko mówi m.in.: Nie jestem ładny, dlatego nikt mnie nie kochał. Inne dzieci odchodziły z nowymi tatusiami i mamusiami. Kiedy odwiedzały ochronkę, mówiły, co robią, i były bardzo ważne. Chłopiec, który jest autorem listu jest głęboko nieszczęśliwy wobec braku podstawowej wspólnoty. Podczas pobytu dziecka w placówce umiera mu ojciec. Docierają do niego sygnały z otoczenia, które interpretuje tak: Chyba zapił się na śmierć. Nie miałem nadziei, że będę miał jakiś własny dom. Usłyszałem, jak pani kurator mówi do siostry, że jestem już za stary na adopcję, w dodatku jestem chłopcem, a chłopców trudniej umieścić w rodzinie. Potem jest mowa o wielkim pragnieniu dziecka: Przez cały Wielki Post modliłem się bardzo, żebym i ja znalazł rodziców: Panie Boże, przecież czas leci, a ja potrzebuję ich od zaraz. (...) W Wielkim Tygodniu, w środę, pani Ania z Ośrodka przyjechała do Ochronki z Panią i Panem. Przyjechali po mnie!!! (...) Podobali mi się bardzo i chciałem być zaproszony. Poleciałem po plecak i za chwilę byłem już znów w pokoju. (...)Sprawa o moją adopcję jest już wyznaczona. Pani Ania powiedziała, że mogę w niej uczestniczyć. Cieszę się, że mogę w niej uczestniczyć. Cieszę się, że będę mógł sam powiedzieć Sędziemu, że chcę być w mojej nowej rodzinie. (...)"

Nie rozumiem tego dokładnie, ale wielki wpływ wywiera na mnie moja rodzina pochodzenia. Dzieje się tak nawet wówczas, gdy mój pobyt w niej był bardzo krótkotrwały, albo nawet nie przebywałem w niej - nie licząc okresu prenatalnego. Sądzę, że rodzice byliby dla mnie najlepsi, moi rodzice. Jeśli nie oni, to najbliżsi krewni: dziadkowie, wujkowie i ciotki. Tam jest dobre miejsce dla mnie, ponieważ od nich mógłbym najszybciej wrócić do swoich rodziców, kiedy coś zmieniłoby się w ich sytuacji życiowej.

Gdyby to było nie możliwe, można poszukać mi rodziców zastępczych albo adopcyjnych. Wtedy będą mi rzeczywiście potrzebni i mogą sprawić wiele dobrego, jednak jako zastępcom przysługuje im jedynie drugie miejsce - niezależnie od tego, jacy byliby rodzice biologiczni. Mogą liczyć tylko na drugie miejsce. Pierwsze jest zarezerwowane. Respektowanie tego porządku sprawi, będę mógł szanować rodziców adopcyjnych czy zastępczych i bez przeszkód brać to, co od nich dostanę. Nie wydaje mi się żeby dobrze było, gdy rodzice adopcyjni uważaliby się za lepszych tylko dlatego, że moi biologiczni nie zrobili dobrze tego, co do nich należało. Jeśli moi rodzice adopcyjni pogardzają biologicznymi, psychicznie staję po ich stronie. Gdy oddają mnie do adopcji, czuję wściekłość na rodziców, którzy mnie oddali, jeśli adopcyjni czują się lepsi, jestem wściekły na nich i wyładowuję na nich swoją złość. Jeżeli jednak rodzice zastępczy zadowolą się drugim miejscem wówczas moja wściekłość skieruje się na moich rodziców biologicznych, a ciepłe uczucia kierowane będą do rodziców adopcyjnych. Moja adopcja będzie udana, pod warunkiem, że moi rodzice biologiczni zostaną uszanowani od pierwszych starań adopcyjnych. Tzn. jeśli od początku pomogą mi w pełni zrozumieć moją sytuację rodzinną, los mojej biologicznej matki, ojca, braci, sióstr oraz krewnych. Jeden z moich adoptowanych kolegów, chłopiec czteroletni prosił mamę, aby zechciała ukryć się z nim pod kocem. Gdy to już uczynili, tak głęboko pod tym kocem dziecko wyszeptało drżącym głosem:

- Ja mam starą mamę! W twierdzeniu tym było wiele lęku i obawy.
- Tęsknisz za nią? Zapytała mama odpowiednio reagując.
- Tęsknię - powiedział maluch.

W przypadku, gdy idę do rodziny zastępczej lub do adopcji stykam się z pewnym poczuciem obcości w nowym środowisku. Idę w nieznane, nie wiem dokąd i po co. To wywołuje we mnie wielkie emocje. Tam dokąd idę, idę często bez szans na powrót. A przecież nawet, gdy człowiek dorosły trafia do więzienia - ma nadzieję na powrót, po odsiedzeniu wyroku. Nie do końca rozumiem i nie umiem się znaleźć w tej sytuacji. Muszę się przyzwyczaić do nowego miejsca, ludzi, rozkładu dnia, stylu życia. Wiem, że szczególnie w rodzinie adopcyjnej, stanowię dla rodziców sprawdzian ... ich dojrzałości rodzicielskiej. To jak ja reaguję, jak się zachowuję jest dla nich probierzem ich wartości, szczególnie, gdy jestem ich jedynym dzieckiem. Jeśli w ich odczuciu, jestem OK, oni też są w porządku. Jeśli wychowywanie mnie nie jest pasmem sukcesów, obniża to ich poczucie własnej wartości jako moich opiekunów. Gdy w grę wchodzi jeszcze dodatkowo nieporadzenie sobie z własną bezpłodnością i brak akceptacji siebie, bez możliwości prokreacyjnych, to sprawa wygląda jeszcze gorzej. A w przypadku, gdy moim rodzicom nie towarzyszy głęboka, bliska więź, wzięcie mnie może być gwoździem do trumny dla naszej rodziny i ich małżeństwa. Gdy rodzicom się nie udaje ze mną, stają się zwolennikami teorii o uwarunkowaniach genetycznych. Ewentualny rozpad rodziny adopcyjnej jest dla mnie kolejnym życiowym dramatem.

Nie znam nikogo i nikt mnie nie zna. Nawet jeśli jestem małym niemowlęciem nie zaczynam - jak sądzą często nowi rodzice - od początku. Moja przeszłość jest we mnie głęboko. Wszystkiego nie da się wymazać. To jest taki swoisty "dysk twardy". Wszystko się zmienia, urywają się wszystkie więzi, ludzie, nawet rzeczy, zabawki. To, co jeszcze wczoraj należało do mnie, dziś już jest nie jest moje. Gdzieś znika. Nawet ubrania, które znałem, nie idą ze mną. Wszystko co jest, jest nowe. I wszystko, co było dotychczas ginie gdzieś bezpowrotnie. Jest tylko w mojej świadomości.

Brak mi podstawowych dziecięcych doświadczeń z bycia w domu. Przykładowo jedna z moich koleżanek czteroletnia dziewczynka, po przyjściu do nowego domu mówi do rodziców: mama, tata na zmianę, nie uwzględniając płci. A przecież już niemowlę wie, kto to mama i kto to tata, i nie myli się.

W zależności od wieku, w którym trafiam do rodziny zastępczej odmiennie przeżywam nową adaptację. W domu dziecka byłem podporządkowany, zdyscyplinowany. Charakteryzowano mnie jako dziecko grzeczne. Tu w nowym środowisku czuję się bezpieczniej i pokazuję to, co czuję, odreagowuję. To, co przeżywam, nie jest przyjemne. Ale agresywny potrafię być tylko wobec tych z którymi czuję się bezpiecznie. Moje reakcje też są trudne do przyjęcia dla moich opiekunów. Towarzyszy mi poczucie straty. Muszę przejść przez poszczególne etapy żałoby. Zazwyczaj trafiam do nowej rodziny na etapie braku akceptacji, odrzucenia, przeżywania stanów depresyjnych, złości. W domu dziecka byłem podporządkowany. Tu dają mi więcej swobody. W nowym domu zazwyczaj nadrabiam zaległości rozwojowe. Uczę się szybko. Najtrudniej jest jednak z moimi emocjami. Jako niemowlę płaczę bez przyczyny - choć tak naprawdę znam przyczyny. Jako dziecko starsze, boję się wielu rzeczy, jestem agresywny, wyrażam się tak, że rodzicom więdną uszy.

Jeśli moją drogą jest adopcja, dobrze jest, gdy nowi rodzice staną w prawdzie wobec mnie i wytłumaczą mi skąd się u nich wziąłem. Rozumiem, że są w stanie przekazać mi tę prawdę, nie wyolbrzymiając, ani nie ukrywając faktu adopcji, tylko wówczas gdy sami czują się bezpieczni. Powinni pamiętać, że małe dziecko często nie rozumie sensu słów, ale doskonale odbiera nastrój emocjonalny, który im towarzyszy. Tak więc nawet, jeśli nie karmi się mnie prawdą, wyczuwam coś dziwnego i niepokojącego, gdy rozmawiam z moimi przybranymi rodzicami.

Przeżywam trudności. Nie mogę się skupić. Jestem inny. Koledzy nie rozumieją, dlaczego mam swój świat. Nie wiem, że potrafię i w związku z tym nie potrafię. Staram się jednak czymś wyróżniać. Nie wszystkim podobają się moje pomysły, ale przynajmniej mnie dostrzegają. Jestem sam, nawet jeśli słyszę, że mam rodzeństwo, często nie mam nawet doświadczenia bycia z bratem lub siostrą. Towarzyszy mi uczucie, może nawet nie uczucie, ale intuicja, że ktoś taki gdzieś jest. Wiem, że rodzeństwo to ktoś ważny, ale nie mam wpływu na to, by z nim być. Decyzje są podejmowane za mnie. A przecież jeśli rodzeństwo istnieje, to jest dla mnie ważniejsze, niż dla innych dzieci, bo ja nie mam rodziców, w każdym bądź razie, nie ma ich przy mnie. A rodzice gdzieś znaczy, że nie ma ich nigdzie.

Jestem zagubiony w swoim sieroctwie. Nie odczułem nigdy stabilności uczuciowej osób dla mnie znaczących, do końca nie wiedziałem do kogo przynależę, niejasne były wzory postępowania ludzi, z którymi się stykałem. Nie miałem w swoim życiu okresu więzi symbiotycznej, nie przeżyłem ze swoją mamą więzi ufności, nie rozumiem nawet więzi opartej o współdziałaniu. Więzi jakieś były, ale towarzyszyło mi głównie odczucie chaosu. Wszystko było zmienne, nieprzewidywalne i płytkie. Wszystko miało walor tymczasowości, nie sprzyjało stabilności moich uczuć. Przejąłem styl uczuciowości swojego środowiska. Nie umiem utrzymywać więzi uczuciowych opartych o wzajemność. Nie mam zaufania do uczuć cudzych, nie mam też zaufania do przeżyć własnych.

Gdy zabrano mnie z mojego domu uzyskałem lepsze warunki dla rozwoju psychicznego i fizycznego, ale straciłem również poczucie przynależności. Im jestem starszy, tym większy kłopot stanowi to dla mnie. Nieraz jestem nawet zadowolony, że nie mieszkam w domu mojej rodziny, innym razem chcę z nimi być, czuję się ich częścią. Przeżywam rozterki i rozdarcia. Nie miałem doświadczeń bliskości, toteż często w zastępczej rodzinie życie rodzinne wydaje mi się zbyt intensywne i zaborcze. Boję się. Nie umiem się w nim znaleźć. Nie wiem kim jestem. Pragnę zaznaczyć swoją obecność. Nawet jeśli czynię to w sposób nieakceptowany społecznie, to pomimo wszystko chcę być widoczny. Lepiej bowiem być kimś złym, niż nie być w ogóle. Tu otwierają się przede mną wrota agresji, albo autoagresji.

Wzory postępowania z mojej rodziny biologicznej nie przystają do reguł w moim nowym środowisku. Muszę kierować się niekiedy dwoma różnymi kodami moralnymi. Innym w rodzinie zastępczej, innym w rodzinie pochodzenia. Występuje u mnie wiele wzorów osobowościowych. Odczuwam wewnętrzną dezorientację co do zasad i reguł postępowania. Kwestionuję władzę nad sobą. W ten sposób tracę kontakt z opiekunami. Ignoruję partnerstwo, uważając je za przejaw słabości, w ten sposób w dalszym ciągu tracę kontakt z wychowującymi. Sam siebie nie rozumiem. Równocześnie pragnę być blisko i odseparować się od nich.

Konsekwencje bolesnych doświadczeń dla dalszego życia

Co zostanie? Poczucie straty, żalu, żałoba często nie przeżyta, pustka po ludziach, którzy nie zrobili co do nich należało, emocjonalne rozbicie, rozdarcie, brak punktów oparcia, lęk, niepokój, depresja, przekonanie, że wszyscy zawodzą, brak zaufania do ludzi, brak umiejętności wiązania się, tyle razy to czyniłem i zawsze kończyło się to porażką. Czy warto po raz kolejny ryzykować? Nie warto. Nie umiem tego uczynić, nie potrafię. Nie umiem kochać innych, nie umiem kochać siebie. Nie doświadczyłem tego uczucia. Nikt mnie nie kocha, tzn., że nie jestem godzien miłości.

Idealizuję rodzinę mojego pochodzenia. Tym bardziej idealna jest w moim wyobrażeniu, im mniej mam z nią kontaktów, uciekam w fantazję, wypieram przykre zdarzenia, przeżywam regresy, czyli zachowuję się jak dziecko młodsze, niż w rzeczywistości jestem.

Przeżywam różne formy osamotnienia. Towarzyszy mi odczucie, że bardziej niż inni jestem narażony na niebezpieczeństwa współczesności. Jako dziecko bez wsparcia dorosłych łatwiej namówić mnie na eksperymenty związane z używkami: papierosami, alkoholem, narkotykami, wczesnym seksem itp. Często dotyka mnie również proces sieroctwa psychicznego - subiektywnego stanu psychicznego, stanowiącego reakcję emocjonalną na niezaspokojenie przez rodziców potrzeby miłości i psychicznego zrozumienia. Oznacza to, że tylko ja sam odczuwam ten stan. Spojrzenie i ocena z boku, z dystansu, jest na ogół nieadekwatna. Wielu ludziom może się nawet wydawać, że wszystko jest w porządku: No bo czegóż mu może brakować? - wydają się pytać. Ja sam mogę również sprawiać wrażenie bezproblemowego, a być głęboko osamotnionym. Aleksandra Maciarz nazwała to sieroctwem duchowym i za jego wskaźniki przyjęła:

- poczucie braku akceptacji emocjonalnej w rodzinie,
- poczucie braku zainteresowania ze strony rodziców,
- poczucie braku zrozumienia przez rodziców,
- poczucie osamotnienia w rodzinie.

Szczególnie trudne do diagnozy jest zjawisko sieroctwa duchowego występujące u mnie gdy jestem nastolatkiem. Już sam proces dojrzewania wystarczająco komplikuje możliwość oceny, tego co jest tzw. moim zwyczajnym zachowaniem, a tego, co stanowi już problem wymagający leczenia. Bardzo często bowiem przejawy takie jak: poczucie osamotnienia, zagubienia, chwiejność emocji, smutek, rozpacz to objawy nie adolescencji ale depresji młodzieńczej. Większość autorów zgadza się z tym, że u jej podłoża leży niedostatek miłości i poczucie odrzucenia ze strony rodziców.

Jestem depresyjny. Jean Francois Catalan mówi, że: ...depresja ostatecznie zawsze jest spowodowana brakiem miłości, miłością rozczarowaną lub sfrustrowaną. A ja nie doświadczyłem miłości. Podstawową osobą, która kocha, jest matka. Dziecko któremu zabrakło matczynego wsparcia jest narażone na życie w panice. Oczywiście dziecko nie uświadamia sobie tego wyraźnie, nie łagodzi dramatu, w którym jest pogrążone. Wszystko się dzieje tak, jakby dziecko zostało opuszczone. Konsekwencje takiego stanu są poważne i odczuwalne przez długi czas. Psychologowie nazwali ten proces syndromem opuszczenia. ... osoby które zostały nim dotknięte ... zawsze będą miały wrażenie, że są odrzucane, opuszczane... stale będą się one obawiać odrzucenia i opuszczenia. Normalne pragnienie kochania i bycia kochanym może przerodzić się, w zależności od konkretnego przypadku w chęć posiadania, domaganie się, żądanie, podejrzliwą zazdrość, strach przed utraceniem przedmiotu miłości, czasem wołanie o pomoc, a nawet szantaż emocjonalny. Nie możemy żyć bez miłości, ale kiedy zabrakło nam pierwszej miłości poszukiwanie jej przedmiotu zawsze będzie naznaczone pewnym typem niepokoju i lęku.

Czy jest dla mnie światełko nadziei?

Pragnę wyjść z roli dziecka osamotnionego. Każde dziecko nosi w sobie to pragnienie. Nie każde jednak ma taka szansę. Nie wykreowałem świata radości i optymizmu. Rzeczywistość dziecka wyzutego z rodziny nie jest bowiem przepełniona taką wizją. Jest to obszar smutku, dysfunkcji świata dorosłych, ograniczeń i niemożności, traum, strat - czasem niepowetowanych i nie do powetowania. Czy jest dla mnie zatem jakoś nadzieja? Nie ta tandetna, telewizyjna z blichtrem szybkiego, łatwego sukcesu. Czy jest nadzieja, którą można nabyć nie na promocyjnej wyprzedaży rzeczy zbytecznych, ale nadzieja na życie w pełni? Wydaje się, że tak. Mam tu nadzieję domów zastępczych, w tym i adopcyjnych, z ludźmi dojrzałymi i ustawicznie dojrzewającymi, coraz lepiej rozumiejącymi dziecko osamotnione i pragnącymi mu towarzyszyć. Ta obecność pełna miłości, pomimo trudów budowania bliskości, niezrozumienia reakcji i zachowań, braku odpowiedzi miłością na miłość przynosi rezultaty. Nie są one na ogół spektakularne. Nie są fajerwerki wychowawcze, ale żmudna praca "u podstaw" dająca dziecku szanse na w miarę normalne i satysfakcjonujące życie. Zresztą każdy, kto choć trochę interesuje się wychowaniem, bądź jest praktykiem tego obszaru wie, że tu nie ma wielkich możliwości rewolucyjnych zmian. Wychowanie to ewolucja. Wychowanie to droga pod górkę.

Pewnie jest tak, że jako dziecko osamotnione będę borykał się z pokonywaniem większych barier, a osiągnięcia choć zawsze dla mnie możliwe, opłacał będę większym trudem. Muszę mieć też szansę opłakania swoich licznych strat. Główną z nich jest strata dzieciństwa.

Miłość wobec dziecka zawsze jednak odciska się piętnem miłości. Miłość domu w zastępstwie, może wobec dziecka dokonać cudów. To są na ogół zjawiska i procesy niewidoczne, albo widoczne dopiero w dłuższej perspektywie czasu. I w tym kontekście rodzicielstwo zastępcze ma bardzo głęboki sens.

Czego zatem pragnę?

Zainteresowania, lecz nie współczucia,
Akceptacji, ale nie zagłaskiwania na śmierć,
Troski, ale nie nadopiekuńczości,
Rozmów, ale nie wykładów,
Słów niosących znaczenie, a nie niezrozumiałego ich toku,
Spojrzeń czułości, a nie pełnych gniewu,
Kontaktu dotykowego, ale tylko będącego wyrazem miłości,
Jasno określonych zasad, ale nie życia samymi zasadami,
Granic, ale nie nadmiaru kar,
Świadectwa życia, a nie mówieniu o tym, co powinienem,
Wyzwań, ale nie umieszczania poprzeczki ponad moje możliwości,
Miłości zastępczej, ale nie surogatu miłości.

PRZYPISY:

R.Guardini, Wiarygodność wychowawcy, w: Pedagogika katolicka. Zagadnienia wybrane, pod red. A.Rynio, wyd. KUL, Stalowa Wola 1999, s.380. Romano Guardini, Wiarygodność wychowawcy, s.373-381,
J.L.M.Descalzo, Dlaczego warto mieć nadzieję?, Wyd. eSPe, Kraków 2000.
Z.Jucewicz Z., Co ja biedna zrobiłam!, Przyjaciółka 1993, nr 7, 18 II.
W.Brainholst, Hej Mamo, Hej Tato, PZWL, Warszawa 1990.
M.Jakubowski, H.Makulec, Przyczyny sieroctwa społecznego a powodzenie adopcji, Problemy Rodziny 1984, nr 3, s.26.
Idea tego akapitu została zainspirowana tekstem Jeana Vaniera, Depresja, Wydawnictwo m, Kraków 1992, s.13-16.
P.Jaros, Wybrali właśnie mnie, (pod)Rozważania rzecznika praw dziecka, Rzeczpospolita z 17.XII. 2001.
Koncepcję tego akapitu zaczerpnąłem z książki Thomasa Schafera, Dlaczego dusza choruje i co ją uzdrawia. Terapia rodzinna Berta Hellingera, Wyd. Sursum, Wrocław 2002, s.85-86.
A.Gutowska, Jawność adopcji jako centralny problem rodziny adopcyjnej, w: Kręgi wychowania, pod red. A.Gały, Wydawnictwo Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin 2003, s.85.
Trzy akapity są powstały pod inspiracją tekstu: I.Obuchowska, Dziecko zagubione w sieroctwie, Problemy Opiekuńczo-Wychowawcze 1998, nr 5, s.3-6.
A.Maciarz, Sieroctwo duchowe dzieci, Problemy Opiekuńczo-Wychowawcze 1991, nr 6, s.242.
A.Maciarz, Więzi emocjonalne w rodzinach osieroconych duchowo, Problemy Rodziny 1992, nr 6, s.15.
J.Szymańska, Depresje młodzieńcze, Problemy Opiekuńczo-Wychowawcze 1997, nr 2, s.26.
J.F.Catalan, Depresja a życie duchowe, Wyd, eSPe, Kraków 2002, s.24.
J.F.Catalan, Depresja ..., s.24-25.

Polecamy stronę: WWW.ADOPTUJ.PL


Poprzedni Home Następny